Nikon EM: zwodnicza prostota

Nikon EM był pierwszą japońską lustrzanką, jaką miałem w rękach. Gdy zaczynałem studia, nawet radziecki Zenit 12XP, który jest obecnie dostępny w takiej cenie, że można go kupować tuzinami, był poza moim zasięgiem; zresztą nawet gdybym miał pieniądze, zdobycie go graniczyło z cudem. Ale Jacek, mój przyjaciel ze studiów – który poprzednio mieszkał zagranicą – miał czarną torbę z zestawem, który wydawał mi się wtedy ósmym cudem świata; był tam Nikon EM z trzema obiektywami, lampą błyskową i kilkoma filtrami. Na dodatek Jacek miał książkę w języku niemieckim szczegółowo opisującą jak fotografować Nikonem EM i jak pokonać jego ograniczenia, którą przeczytał dokładnie i wiedział co z tak fajnym sprzętem robić.

Mało kto obecnie doradza zakup Nikona EM osobom chcącym wejść w świat fotografii na materiałach srebrowych. Nic dziwnego: uważa się, że najlepiej kupować proste mechaniczne modele z ręcznym wyborem parametrów ekspozycji. A EM jest aż za prosty: dysponuje wyłącznie automatycznym sterowaniem ekspozycją i nawet nie ma kompensacji ekspozycji. Jednak nie skreślałbym tego maleńkiego Nikona, bo wiem, że można z niego wykrzesać naprawdę wiele. Ponadto dostępne egzemplarze są zazwyczaj w bardzo dobrym stanie, ceny są niskie a baterie nadal można kupić bez większego problemu.

Nikon EM został wypuszczony na rynek w roku 1979 i był próbą zawojowania rynku masowego. Niewielkie gabaryty, niska cena i prostota obsługi miały stać się bramą do raju systemu lustrzanek Nikona dla rzesz amatorów fotografii. Ważący jedynie 460 g EM stanowił radykalne odejście od serii aparatów F i Nikkormat, ale mimo sporych ilości (dobrych) tworzyw sztucznych na zewnątrz, został zbudowany na szkielecie odlanym z aluminium. Zagorzali fani Nikona wyśmiewali model EM i wzruszali ramionami na widok stworzonej do niego serii obiektywów Nikon E. Ja jednak uważam, że to rozwiązanie przetrwało próbę czasu i ma swoje, wcale nie hańbiące producenta, miejsce w historii Nippon Kogaku. Może nie jest to Nikon dla fotograficznych purystów, ale ma dostateczna dawkę nikonowskiego “kodu genetycznego”.

Jeśli Nikon EM wygląda jak zabawka, to wystarczy wziąć go do ręki żeby stwierdzić, że jest solidnie i precyzyjnie wykonany. Praca dźwigni naciągu filmu to czysta przyjemność, a jej konstrukcja z dwóch części połączonych przegubem jest dość unikatowa. Można naciągać film i migawkę jednym długim ruchem lub kilkoma krótkimi. Lekkie wciśnięcie spustu migawki uruchamia światłomierz. W wizjerze nie widać ustawionej wartości przysłony, natomiast z lewej strony znajduje się skala wybieranych automatycznie przez aparat czasów otwarcia migawki wskazywanych przez prostą igłę wychyłową w zakresie od 1/1000 do 1 sekundy (plus mechaniczny czas dowolnie długi B; dodatkowo czas M90, czyli 1/90 sekundy działa bez baterii). Czasy 1/30 sekundy i dłuższe są zaznaczone na czerwono, ostrzegając o możliwości poruszenia zdjęcia. Jeśli igła wychyla się w te „czerwone” regiony a użytkownik nadal wciska spust migawki, aparat dodatkowo wydaje cichy dźwięk ostrzegawczy. Sama praca spustu migawki jest płynna a przy tym pewna. Użytkownik z łatwością wyczuje palcem chwilę, gdy aparat zaczyna mierzyć światło, oraz tę gdy zamierza wyzwolić migawkę.

Z wieloletnich doświadczeń mojego przyjaciela i moich własnych wynika, że EM bardzo precyzyjnie mierzy światło. To niezwykle ważne w aparacie pozbawionym możliwości ręcznego ustawiania parametrów ekspozycji. Ale to ostatnie to nie jedyny powód do krytyki Nikona EM. Aparat oferuje jedynie automatykę czasów otwarcia migawki a na dodatek nie ma ani pamięci pomiaru, ani kompensacji ekspozycji, czyli podstawowych funkcji pozwalających wpływać na automatykę ekspozycji. Jedynie z przodu umieszczono niewielki i mało wygodny przycisk korekcji “światła tylnego”. Jego wciśnięcie w sytuacji fotografowania ciemnego obiektu na jasnym tle powoduje prześwietlenie o stałą wartość dwóch stopni ekspozycji. To mało elastyczne rozwiązanie. Ale nie wszystko stracone, co mój przyjaciel udowodnił mi dawno temu.

Jego metoda była następująca. Gdy chciał sfotografować obiektywem 28 mm f/2,8 coś znajdującego się na jaśniejszym tle, zakładał na aparat zoom 75-150 mm f/3,5 i przy ogniskowej 150 mm zapełniał kadr obiektem głównym, na którym chciał dokonać pomiaru światła. Ustawiał przysłonę przy której miał zrobić docelowe zdjęcie, wciskał spust migawki do połowy i zapamiętywał w głowie jaką wartość czasu otwarcia migawki wybrał światłomierz aparatu. Następnie zakładał obiektyw 28 mm f/2,8, ustawiał na nim tę samą wartość przysłony, przy której wcześniej dokonał pomiaru posługując się zoomem 75-150 mm f/3,5, wybierał w wizjerze kadr i kręcił tarczą czułości filmu do chwili, gdy igła w wizjerze pokazała zapamiętany przez niego czas otwarcia migawki i robił zdjęcie. W ten sposób wykonywał naświetlenie przy parametrach ekspozycji uprzednio zmierzonych na głównym obiekcie. Oczywiście trzeba pamiętać, aby po zrobieniu zdjęcia cofnąć położenie tarczy czułości filmu z powrotem do wartości ISO używanego filmu.

Aparat jest zasilany bateria litową 3V lub dwoma bateriami “guziczkowymi” LR44 o napięciu 1,55 V każda. Na górnej płycie znajduje się dobra kontrola stanu baterii poprzez wciśniecie przycisku i migotanie czerwonej diody. Oczywiście nie ma tu bardziej zaawansowanych funkcji, takich jak sprawdzanie głębi ostrości czy wstępne podnoszenie lustra. Ale i tu ponownie mój przyjaciel pokazał, że na wszystko znajdzie się sposób. Żeby uzyskać podgląd głębi ostrości dla wybranej wartości przysłony, wystarczy wcisnąć przycisk blokady bagnetu na aparacie i nieznacznie zacząć przekręcać obiektyw tak, jakbyśmy go chcieli zdjąć. Wtedy przysłona przymknie się do wartości ustawionej na pierścieniu obiektywu. Trzeba zachować ostrożność – trzymać cały czas obiektyw, nie przekręcić go do końca i po ocenieniu głębi ostrości na matówce, zapiąć obiektyw z powrotem w aparacie. Co do wstępnego podnoszenia lustra, jest taka możliwość jeśli korzystamy z samowyzwalacza. Po wciśnięciu spustu migawki lustro się podniesie, a migawka zostanie wyzwolona po 10 sekundach’; to wystarczy na wygaszenie drgań.

Z dodatkowych rzeczy warto wspomnieć o współpracy z lamp błyskową. Do Nikona EM stworzono zasilaną czterema bateriami „paluszkami” lampę SB-E działającą w trybie półautomatycznym. Aparat przekazuje do lampy informację o czułości filmu i wartości przysłony, natomiast lampa ustawia w aparacie czas synchronizacji błysku 1/90 sekundy i powoduje zapalenie diody gotowości do błysku w wizjerze. Ta sama dioda miga w przypadku ustawienia nieprawidłowej kombinacji wartości ISO/przysłony. Fotograf musi ustawić wartość przysłony mieszczącą się w zakresie skali umieszczonej z tyłu lampy. Odmienność konstrukcji od wszelkich poprzedników sprawia, że EM nie może współpracować z akcesoriami od nich. Stworzono do niego zgrabny winder MD-E dający 2 klatki na sekundę a ponadto aparat może współpracować ze stworzonym do późniejszego modelu FG motorem MD-14 zapewniającym przesuw filmu z szybkością 3,2 klatki na sekundę; ale prawdę mówiąc dodanie silników niweluje jeden z głównych atutów Nikona EM, czyli małe gabaryty.

Z myślą o Nikonie EM powstała seria obiektywów Nikon E. Firma tak bardzo starała się oddzielić ją od swojej “regularnej” optyki, że nawet nie użyła nazwy Nikkor.  Obiektywy technicznie są w standardzie AiS, a ich konstrukcja wydawała się w tamtych czasach dość tandetna ze względu na wszechobecność plastików. Na tle obecnych obiektywów wcale się już tak tandetne nie wydają, a poza tym okazały się dość wytrzymałe. Gama optyki obejmowała pięć obiektywów stałoogniskowych: 28 mm f/2,8, 35 mm f/2,5, 50 mm f/1,8, 100 mm f/2,8, 135 mm f/2,8 oraz trzy zoomy:  36-72 mm f/3,5, 75-150 mm f/3,5 i 70-210 mm f/4. Jeśli chodzi o walory optyczne, jest różnie. 100 mm f/2,8, 135 mm f/2,8 mm, 75-150 mm f/3,5 oraz 70-210 mm f/4 są bardzo dobre; 35 mm f/2,5, 50 mm f/2,5 są przyzwoite; natomiast 28 mm f/2,8 i 36-72 mm f/3,5 są dość kiepskie.

Nikon EM to moim zdaniem aparat niesprawiedliwie lekceważony ze względu na brak możliwości ręcznego ustawania parametrów ekspozycji. W ramach swoich ograniczeń to aparat niezawodny, a przy tym mały i lekki, właściwie idealny do fotografii ulicznej ponieważ nie zwraca uwagi. Baterie starczają na wiele lat,  optyka Nikon E jest co najmniej dostatecznej jakości do fotografowania na materiałach srebrowych, a ceny aparatu i obiektywów są bardzo przystępne. Nikon EM zestarzał się z gracją i używając go dzisiaj rozumiem swoją fascynację sprzed lat.

Tekst i zdjęcia: Jarosław Brzeziński

Default image
Jarosław Brzeziński
Jarosław Brzeziński, ur. 1962 r., fotograf, malarz i tłumacz z tytułem magistra filologii angielskiej. Blog pod adresem: https://towarzystwonieustraszonychsoczewek.blogspot.com/ W roku 2005 opublikował książkę “Canon EOS System”. W latach 1998- 2009 odpowiedzialny w UKIE za tłumaczenia wszystkich dokumentów związanych z akcesją oraz członkostwem Polski w UE. W latach 1996- 2011 redaktor i autor setek artykułów na temat sprzętu fotograficznego i fotografii dla czołowych miesięczników branżowych. W latach 1987-1998 pracował jako nauczyciel angielskiego. W latach 1994-1996 pracował jako freelancing copywriter dla Ogilvy & Mather. Od 12 lat jest głównym ekspertem ds. tłumaczeń w Centrum Europejskim Natolin. Od 25 lat pracuje jako zawodowy fotograf ślubny, reklamowy, reklamowy, eventowy, przemysłowy, korporacyjny oraz portrecista, zarówno w studio jak i w terenie. Od 30 lat pracuje jako tłumacz polsko-angielski oraz angielsko-polski dla czołowych firm i organizacji.
Wpisów: 1511

Zostaw komentarz