Nikon Zf i adaptery: kiedy adaptowanie obiektywów naprawdę ma sens?

Adaptowanie obiektywów ma największy sens wtedy, gdy dotyczy optyki, której po prostu nie ma w wersji natywnej. W innym przypadku często jest to bardziej ciekawostka technologiczna niż realna przewaga. Po co komplikować sobie życie adapterami, dodatkowymi połączeniami i potencjalnymi problemami z autofocusem, skoro można kupić szkło stworzone bezpośrednio pod dany system?

Są jednak sytuacje, w których adaptacja przestaje być kompromisem, a staje się świadomym wyborem. Dokładnie tak było podczas niedawnej sesji modowej na warszawskim Starym Mieście. Temat był prosty: modelka, czerwona suknia, klimat starej Warszawy i zdjęcia, które miały balansować pomiędzy elegancją mody a lekkim filmowym charakterem. Od początku wiedziałem, że chcę zabrać mojego ukochanego Nikona Zf. Ten aparat ma w sobie coś wyjątkowego: jest jednocześnie nowoczesny i bardzo „fotograficzny” w odczuciu. Nie narzuca się technologią, ale daje ogromną swobodę działania.

Problem pojawił się dopiero przy wyborze obiektywów. Pierwszym szkłem, które automatycznie przyszło mi do głowy, był AF-S Nikkor 105mm F1.4E ED, Obiektyw absolutnie legendarny. Jedno z tych szkieł, które nie tylko generują piękny obraz, ale wręcz budują atmosferę fotografii. Separacja planów, plastyka i sposób renderowania światła sprawiają, że nawet zwykły kadr zaczyna wyglądać bardziej „kinowo”.

Drugim wyborem była Sigma C 35mm F2 DG DN, a trzecim Sigma C 65mm F2 DG DN. I tutaj zaczynają się schody. Obie Sigmy występują wyłącznie w mocowaniach Sony E i L-Mount. W praktyce oznacza to, że jeśli chcemy używać ich na Nikonie Z, jedyną sensowną drogą pozostaje adaptacja wersji Sony E. W ruch musiał więc pójść adapter Megadap ETZ21 Pro+, który pozwala podpiąć szkła Sony E do bagnetu Nikon Z.

Z kolei AF-S Nikkor 105mm F1.4E ED wymagał adaptera Nikon FTZ II. W efekcie na sesję pojechałem z dwoma adapterami i czterema obiektywami, choć teoretycznie mogłem przecież ograniczyć się wyłącznie do natywnych szkieł systemu Z. Tylko że wtedy straciłbym dokładnie ten charakter obrazu, którego szukałem.

Na wszelki wypadek dorzuciłem jeszcze Nikkora Z 24-70mm F4 S To obiektyw bardzo niedoceniany. Jasne, nie ma filmowego charakteru 105-tki ani kompaktowego uroku małych Sigm Contemporary, ale jest po prostu piekielnie praktyczny. Przydał się szczególnie przy szerszych ujęciach wykonywanych od dołu, gdzie w tle pojawiała się architektura kościołów lub charakterystyczne elementy Starego Miasta. Takie kadry budowały kontekst miejsca i pozwalały pokazać, że sesja faktycznie odbywa się w Warszawie, a nie w anonimowej europejskiej uliczce.

Natomiast trzy jasne stałki robiły już zupełnie inną robotę. 35 mm dawało lekki reportażowy oddech i pozwalało zanurzyć modelkę w przestrzeni miasta. 65 mm okazało się idealnym balansem pomiędzy naturalną perspektywą a subtelną kompresją. Z kolei AF-S Nikkor 105mm F1.4E ED był po prostu potworem do izolowania postaci z tła. Wieczorne światła miasta zamieniały się w miękkie, kremowe plamy koloru, a czerwona sukienka modelki niemal odcinała się od kadru.

Czy adaptery działają idealnie? Nie. Nie zapewniają w pełni natywnego doświadczenia. Autofocus bywa minimalnie mniej przewidywalny, czasem pojawia się drobne opóźnienie, a ergonomia całości staje się trochę bardziej warsztatowa. Tylko że prawda jest taka, iż w realnej pracy nie miało to większego znaczenia. Bo finalnie liczy się obraz.

A Nikon Zf po raz kolejny udowodnił, że jest jednym z najbardziej wszechstronnych aparatów ostatnich lat. Potrafi być jednocześnie stylowym korpusem dla klasycznych Nikkorów F i nowoczesną bazą pod eksperymenty z adaptowaną optyką innych systemów. I właśnie wtedy adaptowanie obiektywów ma największy sens: nie dla samej idei adaptera, ale dla obrazu, którego nie da się uzyskać w inny sposób.

























