O Tajlandii, ludziach, jedzeniu i fotografowaniu z Mikołajem Wieczorkiem rozmawia Jarosław Brzeziński.

©Mikołaj Wieczorek

J.B. Czy to wyprawa Pańskiego życia – zarówno pod względem odwiedzonych miejsc jak i wykonanych zdjęć? Wiem, że to druga podróż do Tajlandii – czy ta pierwsza sprawiła, że chciał Pan wrócić „po więcej”?

  1. W. To w sumie już moja czwarta wizyta w tym cudownym kraju. Jednak rzeczywiście takie safari fotograficzne, połączone z wyprawą na motorach, to był drugi raz. Pierwszy miał miejsce 6 lat temu. Tak, to była wyprawa życia. Dlatego musiałem ją powtórzyć i sprawdzić czy nadal jest tak niesamowicie inspirująco i klimatycznie. I jest ? Choć, jak chyba wszędzie na świecie, wkrada się turystyczna komercja i coraz trudniej znaleźć miejsca wolne od zmasowanej turystyki, to nadal jest tam wiele miejsc absolutnie wolnych od cywilizacyjnego pędu. Bywało i tak, że przez kilka dni nie spotykaliśmy żadnego „białego” turysty i wtedy robiło się naprawdę ciekawie i pojawiały się najlepsze tematy do fotografowania. W tym czuję się najlepiej, tego tam właśnie szukam.

J.B. Wiem, że Pana „przewodnikiem” po Tajlandii był przyjaciel z Polski, który był tam już 27 razy. Czy to jego wiedza o najciekawszych i nieodwiedzanych przez wycieczki miejscach, optymalnych sposobach podróżowania i nocowania oraz obycie z miejscowymi zwyczajami sprawiły, że była to podróż wyjątkowa?

M.W. Tak, niewątpliwie bez pomocy i zachęty Bogdana, nie odważyłbym się pierwszy raz w tak dość nietypowy i ekstremalny sposób ruszyć na koniec świata. Jestem mu wdzięczny, za to, że pokazał jak bardzo można zagłębić się i „wgryźć” w kraj, ludzi, przyrodę i jak niewiele środków na to potrzeba. Choć potem każdy kolejny wyjazd już wydawał się niesamowicie prosty i łatwy, to wiem, że doświadczenia z pierwszego miesięcznego pobytu ukształtowały moje ogólne podejście do tego kraju, ludzi, ich zwyczajów. Im więcej wiem na ich temat, tym lepiej się czuję w tym kraju, co przekłada się na pewno na jakość zdjęć i swobodę poruszania z aparatem, łatwość znajdowania ciekawych tematów.

J.B. Największe zaskoczenia w czasie tej wyprawy?

M.W. Trzy razy, w tym i ten ostatni byłem na północy Tajlandii. To zupełni inny kraj niż południe, wyspy, morze, z czym pewnie Tajlandia kojarzy się większości ludzi. Północ to dżungla, góry, kręte drogi, rzeki, wodospady, gorące źródła, ukryte przed turystami przepiękne świątynie, małe wioski, lokalne targi pełne niesamowitych owoców i kolorowych, absolutnie niepowtarzalnych potraw.

Tak, jedzenie. To jest jedno wielkie i niekończące się zaskoczenie. Tego po prostu nie da się opisać. Nie da się też wszystkiego spróbować. Kompozycje potraw, smaków, niejednokrotnie zaskakujące połączenia, są absolutnie nie do podrobienia. Podejrzewam nawet, że gdybym nie fotografował, jeździłbym do tego kraju wyłącznie dla jedzenia ?. Zaskakujące jest też to, że najlepsze potrawy można dostać w najmniej oczywistych i wcale nie wyglądających dobrze miejscach. Zasada jest prosta – szukać miejsc w których jadają miejscowi, najlepiej całe rodziny. Często nie do końca wiadomo, czy to jeszcze ogólnodostępna knajpa, czy już prywatny dom ?.

@Mikołaj Wieczorek

Niewielka część różnorodnych produktów do tworzenia niesamowitych potraw

potrawa Som Tam niewielka część różnorodnych produktów do tworzenia niesamowitych potraw 

tajskie przysmaki, m.in. zupa Hau Suoi – hit wyjazdu ( po lewej)

tajskie przysmaki: m.in. świeże, żywe ropuchy, pakowane po kilka sztuk | jadalne kwiatki, smakują jak cukierki

m. in. gniazdo os z larwami – rzadko spotykany przysmak – Chiang Mai

u Taja w kuchni | targ | jaja kurze i przepiórcze, podgrzewane w specjalnych koszach w gorących źródłach |

Tajlandia to dla mnie w kolejności: ludzie, jedzenie, przyroda.

I jeszcze ich niesamowita uczciwość. Taka naturalna. Pewnego razu pod jedną ze świątyń w Ayutthayi zostawiłem kamerkę GoPro. Zorientowaliśmy się już dość długo po odjeździe, ale wróciliśmy. Na miejscu z kamerką czekał Tai, który był wyraźnie szczęśliwy, że wróciliśmy i mógł oddać zgubę. Na moje podziękowanie usłyszałem tylko łamaną angielszczyzną: „No problem, if you are happy, I`m happy” – w tym zdaniu kryje się kwintesencja ich filozofii.

@Mikołaj Wieczorek

J.B. Jak wyglądało przemieszczanie się i znajdowanie noclegów? Jacy są miejscowi ludzie? Z Pańskich zdjęć wnioskuję, że przyjaźni i otwarci.

M.W. Tajlandia to w wolnym tłumaczeniu „kraj wolnych ludzi”. I to widać i czuć na każdym niemal kroku. To ich wewnętrzne poczucie wolności (jako kraj nigdy w historii nie byli podbici przez żadnego wroga) przekłada się na niesamowite, zdrowe poczucie wartości i dumę. A to w połączeniu z wyznawanym w 90% buddyzmem z kolei przekłada się na podejście do drugiego człowieka, także „faranga” czyli turysty. Im dalej od dużych miast, tym lepiej to widać. Ludzie są niesamowicie otwarci, ciekawi drugiego człowieka, wiecznie szczerze uśmiechnięci. I patrzący prosto w oczy. Ta ich otwartość w pierwszym momencie dla człowieka z naszej „cywilizacji” wydaje się nawet być przytłaczająca, nienaturalna. Dopiero po kilku dniach zaczynamy się do tego przyzwyczajać i zastanawiam się, który świat jest bardziej normalny ?. Mam wrażenie, graniczące z pewnością, że podczas całego wyjazdu nie spotkałem żadnego smutnego, zdenerwowanego, nieżyczliwego człowieka. Tam nawet psy nigdy nie szczekają na obcego – to też o czymś świadczy ? Miejscowi są do tego stopnia otwarci i bezstresowi, że można wejść do domu niemal każdego z nich, zobaczyć jak mieszka, czym się zajmuje, w każdej przydrożnej „knajpie” można pomieszać w garze, spróbować zanim się na coś zdecyduje. Ma się wrażenie, że cokolwiek byśmy nie zrobili, nic tym ludziom nie przeszkadza, wszystko przyjmą z uśmiechem i w razie potrzeby chętnie pomogą.

M.W. Co do języka – z dala od miasta do komunikacji w zupełności wystarczy język polski. Sprawdziliśmy – rozumieją często mniej więcej tyle samo (czyli nic), co po angielsku, więc spokojnie można się dogadać. ?

Noclegi? Tym razem było nieco inaczej. Namiot i hamak, a więc totalna swoboda wyboru miejsca noclegu, zero kosztów i survivalowa przygoda. Ale mieliśmy w sumie szczęście. Wszystkie noclegi w ciekawych miejscach, parkach krajobrazowych, przy gorących źródłach, w których siłą rzeczy wylegiwaliśmy się przed snem i od nich zaczynaliśmy też dzień. Tak, tam jeszcze nadal można spać absolutnie wszędzie i nikomu nic nie przeszkadza. Oczywiście można wybrać wersję z pensjonatami, hotelikami, które są naprawdę bardzo tanie, ale nie do końca nam o to tym razem chodziło, także ze względu na możliwość zrobienia ciekawszych zdjęć. Wschód słońca na tle buchającego gejzeru – nie do osiągniecia bez namiotu.

Jako środek transportu najzwyklejszy, najprostszy motorek Honda 125, taki jakich w całej Azji są miliony. Koszt wynajmu to około 16 zł/dzień plus, paliwo 2,5 zł/litr. Idealny do podróży, łatwy do naprawienia, w razie potrzeby, w każdej wiosce, a przede wszystkim idealny do wtopienia się miejscową ludność. Można nim wjechać praktycznie wszędzie i nie rzucać się w oczy, a dzięki temu mieć naprawdę dużo ciekawsze zdjęcia. Za plecami, na tyle siedzenia plecak przypięty gumami i w drogę.

Trzy lata temu wybrałem do podróżowania samochód, więc mam też porównanie. Oczywiście też ma to kilka plusów, ale jednak to nie to samo. Ciężko jest wtopić się w tłum, niezauważonym wjechać do wioski czy na teren świątyni. Zwierzęta też mniej zauważają motorki. Przemieszczanie się motorem na pewno sprzyja zdjęciom przyrodniczym i reportażowym. A poza tym oczywiście najzwyczajniej w świecie, nie w każdą drogę samochód się zmieści.

J.B. Czym Pan robił zdjęcia i jakie jest generalnie Pana podejście do sprzętu i fotografowania w trakcie takich podróży? (Aparat, obiektywy, karty pamięci, akumulatory, RAW czy jpeg). 

M.W. Motor jako środek transportu wymusza pewien kompromis co do wyboru sprzętu i na pewno ogranicza jego ilość. Sprzęt musi być zawsze pod ręką, nawet w czasie jazdy. A więc obiektywy po kieszeniach, a aparat na Spiderze przy pasku, lub na wąskim pasku na szyi. Dlatego nie miałem wątpliwości w kwestii wyboru: bezlusterkowiec czy lustrzanka. Aparat musi być też w miarę solidny, odporny na upadek (na szczęście tym razem nie było) i w miarę możliwości na kurz i wilgoć. Tak więc pojechał ze mną FujiFilm X-T2. Postawiłem tym razem na „stałki”, także ze względu na gabaryty, czyli XF 18 mm f/2, XF 35 mm f/2, XF 50 mm f/2, z czego dwa pierwsze zdecydowanie najczęściej siedziały na korpusie. Jako uzupełnienie po stronie długich ogniskowych już nie pod ręką, ale w plecaku jedyny zoom – FujiFilm XF 55-200 mm f/3,5-4,8 OIS, który jednak dość często musiał ten plecak opuszczać. No i ostatnie szkło, czyli obiektyw typu „rybie oko” – to czego brakuje w stajni FujiFilm, a co naprawdę czasem lubię. Zabrałem więc Samyanga 8 mm f/2,8, który też dobrze się sprawował i nie przeszkadzał. Małe, pancerne, użyteczne szkiełko. Do szkieł Fuji oczywiście niezbędne okazywały się bardzo często filtry polaryzacyjne. Miałem też malutką lampkę FujiFilm EF-X8, ale praktycznie nie użyłem jej  ani razu. Wolę naprawdę świetną pracę X-T2 na wysokich czułościach i naturalne oświetlenie, niż czekanie na długie, niestety, ładowanie tej lampki. Ponieważ nie zamierzałem kręcić filmów, dwie karty 64GB w zupełności starczyły. Gorzej z prądem. X-T2 strasznie pożera baterie. Miałem 4 akumulatory i niejednokrotnie ledwo to starczało. Często niestety w dżungli nie było gdzie naładować. Na przyszłość na pewno zabiorę podwójną ładowarkę.

©Mikołaj Wieczorek

Zazwyczaj fotografuję w formacie JPG, ale teraz dałem się namówić i w połowie wyjazdu, gdy zaczynało się robić naprawdę ciekawie, przypomniałem sobie o włączyeniu podwójnego zapisu – w JPG i RAW. Nie wiedziałem do końca po co, bo i tak nigdy z tego nie korzystałem, więc byłem przekonany o tym, że tym razem będzie dokładnie tak samo, przecież znam siebie ?. Moja „filozofia” fotografowania polegała dotąd na tym, że zdjęcie ma powstawać w maksymalnie gotowej formie w chwili naciskania spustu migawki. To jest ta chwila gdzie jestem ja, obiekt, scena, akcja, i aparat. I tylko tu i teraz jest moment na powstanie tego konkretnego zdjęcia. Nie potem, przy komputerze. Nie lubiłem obróbki i unikałem jej jak mogłem, choć czasem zdarzało się poprawić nieco za szeroki kadr, lub ciut rozjaśnić – ale nic poza tym. Nie miałem też zwyczajnie na to czasu, ale to tak na marginesie. Na ogół staram się również być świadom możliwości i ograniczeń sprzętu jaki mam w danym momencie w rękach i z tą świadomością fotografuję, wybieram temat, kadr, światło. Jeśli coś nie wychodzi to zakładam, że nie ma już miejsca na poprawki i mogę mieć jedynie do siebie pretensje. Dzięki temu następnym razem zrobię mniej błędów. Takie przynajmniej miałem wrażenie i tego się trzymałem jeszcze jakiś czas po powrocie…

Wszystko się zmieniło od czasu pojawienia się pomysłu na ten artykuł.

Stało się to za sprawą pewnej osoby, która otworzyła mi oczy i pokazała jak inaczej można spojrzeć na, tak do tej pory niesłusznie nielubianą i pomijaną przeze mnie, „obróbkę”. Krótko mówiąc zostałem „oświecony” i przekonany że nie warto marnować ukrytej mocy zapisanej w plikach RAW. Przystąpiliśmy razem do „wywoływania zdjęć”. Nie przerabiania, nie retuszu – Boże broń, jedynie do wydobycia ukrytych, ale obecnych tam od chwili naciśnięcia spustu migawki szczegółów i szczególików, ukrytych dla oka widza przez ograniczenia plików JPG. Tak więc RAWy jednak okazały się przydatne, a ja stałem się bogatszy o odrobinę wiedzy praktycznej, za co jestem niezmiernie wdzięczny tej Osobie ?. Razem ze mną włożyła masę serdca w to, by zdjęcia pozornie nie zmieniając się odzyskały to, z czego ograbia je niedoskonałość sprzętu i przez to maksymalnie zbliżyły się do rzeczywistego obrazu danej chwili i miejsca. Oczywiście wymagało to trochę czasu, ale przy odpowiedniej motywacji i on się znalazł. Zmiany których dokonaliśmy są na tyle nieinwazyjne, że absolutnie nie dodają niczego, czego by wcześniej nie było, a wręcz odkłamują obraz, zbliżając go maksymalnie do zastanej tam rzeczywistości.

Wniosek? Banalny. Człowiek uczy się przez całe życie ?

Bogatszy o tą wiedzę i doświadczenie, zostawiam zatem na stałe włączone JPEG+RAW w moim X-T2.

J.B. Codziennie zamieszczał Pan fotorelacje z podróży. Czy to pierwsza wyprawa, zdjęciami z której tak obszernie dzielił się Pan z innymi poprzez media społecznościowe? Czy dużo otrzymywał Pan pozytywnych informacji zwrotnych i czy to stanowiło dodatkowa motywację do kontynuowania reportażu fotograficznego?

M.W. Co do Facebooka, w pierwszej kolejności skłoniły mnie do publikacji zdjęć warunki. Tajlandia, co może niektórych zdziwić, ma to do siebie, że o godz. 18:00 wyłączają światło. Serio. Zachodzi słońce i koniec ? Więc pozostaje sporo czasu na inne rzeczy niż fotografowanie. Z dnia na dzień widząc, że naprawdę coraz fajniejsze miejsca odwiedzamy i zaczyna się robić dość poważny i dobry materiał, korzystając z tajskiej karty SIM z 8GB Internetu zakupionej na lotnisku za 30 zł, zacząłem publikować co ciekawsze zdjęcia. Pogrupowałem je na szybko w kilka grup tematycznych, co dodało im na pewno dodatkowego smaczku i wyrazistości. Było to dość proste do zrobienia dzięki komunikacji X-T2 z telefonem za pomocą prostej aplikacji udostępnianej przez Fujifilm. Chociaż sporo moich najlepszych znajomych w ogóle nie korzysta z Facebooka, to ci do których to dotarło dali na tyle pozytywny odzew, że na pewno zachęcało to do dalszego publikowania najlepszych zdjęć. Ale nie do samego fotografowania. Niezależnie bowiem od opinii, zdjęcia robię przede wszystkim dla siebie i będę je robił… ale nie oszukujmy się – miła, szczera opinia, zawsze jest miła. ?

Dla mnie jednak fotografowanie zawsze sprawia najwięcej przyjemności w samym momencie robienia zdjęcia. Później oglądany obraz, nigdy nie odda w 100% całego klimatu tej jednej ulotnej chwili. Ale próbować trzeba.

J.B. Czy planuje Pan wrócić do Tajlandii? Czy czuje Pan jakiś niedosyt, czy tylko zadowolenie z tej wyprawy? Czy następnym razem zrobiłby Pan coś inaczej – zarówno pod względem podróżowania jak i fotografowania?

M.W. Na pewno niedosyt mam zawsze zanim jeszcze wsiądę do powrotnego samolotu. Wiem, że jest jeszcze masa miejsc do których bym chciał pojechać, zarówno konkretnych jak jezioro Pang Oung, jedno z nielicznych miejsc na świecie gdzie można spotkać czarne łabędzie, czy jaskinia Khao Luang, ale także, a może w szczególności, tych kompletnie nieznanych. Czy bym coś zmienił? Chyba nie, każdy dzień to coś nowego i każdy dzień to jakieś zmiany, wystarczy być na nie otwartym. W Tajlandii zaskakująco pięknych i unikatowych miejsc są setki, często wystarczy tylko skręcić w boczną dróżkę, zajrzeć na zaplecze kuchni, zagadać z jakimś tubylcem …. i zaczyna się przygoda.

Default image
InterFoto
Wpisów: 202

Zostaw komentarz