Canon FD 24-35 mm f/3,5L kontra Canon FD 20-35 mm f/3,5L kontra Canon EF 20-35 mm f/2,8L: mini-test

Tydzień temu przyjrzeliśmy się historii ewolucji wczesnych zoomów szerokokątnych Canona z asferyczną soczewką, zwracając baczne oko na trzy okazy: Canon FD 24-35 mm f/3,5L; Canon FD 20-35 mm f/3,5L; Canon EF 20-35 mm f/2,8L. Były daty, specyfikacje i szczegółowe opisy konstrukcji. W przypadku starszych obiektywów znajomość ich historii jest ważna, ale z punktu widzenia dzisiejszych użytkowników jeszcze istotniejsze jest to, jak się spisują na aparatach cyfrowych.

Oczywiście zawsze popieram fotografowanie „hybrydowe”, czyli równoległe zrobienie zdjęć cyfrowo i „analogowo”. Na rynku jest mnóstwo niedrogich lustrzanek “analogowych” Canona. Trzeba jednak cały czas pamiętać, że trzy omawiane tutaj obiektywy zostały wybrane ze względu na to, że od strony optycznej stanowią ciągłość ewolucyjną, ale jeśli chodzi o mocowanie trzeba je podzielić na dwie grupy. Canon FD 24-35 mm f/3,5L i Canon FD 20-35 mm f/3,5L to obiektywy z mocowaniem FD, natomiast Canon EF 20-35 mm f/2,8L to obiektyw z mocowaniem EF. FD i EF to dwa bagnety Canon niekompatybilne ze sobą nawzajem (pomijam adaptery z soczewką obiektyw FD-korpus EF czy całkowite przeróbki bagnetu obiektywów Canon FD). Zatem w przypadku chęci fotografowania tą trójką Canonów na materiałach srebrowych potrzebujemy dwóch aparatów z różnych systemów.

Na początek jedna uwaga: nie zawsze starsze znaczy solidniejsze. W serii New FD, Canon starał się „odchudzić” obiektywy. Zarówno Canon FD 24-35 mm f/3,5L jak i Canon FD 20-35 mm f/3,5L są w miarę solidnie zrobione, ale nie jest to poziom starszej optyki firmy. Również późniejszy od nich Canon EF 20-35 mm f/3,5L do systemu EOS wzbudza znacznie większe zaufanie jeśli chodzi o budowę. Żeby nie było nieporozumień: dwa szkła serii FD są porządnie zrobione i nie mimo wieku trzymają się dobrze, ale w ręku wydają się mniej masywne. Ale to ma też dobre strony: pasują gabarytami do pełnoklatkowych bezlusterkowców Sony i dobrze na nich leżą.

Canon FD 24-35 mm f/3,5L

Jak już pisaliśmy, optycznie wersje Canon FD 24-35 mm f/3,5 S.S.C Aspherical oraz Canon FD 24-35 mm f/3,5L są identyczne: 12 soczewek w 9 grupach, w tym pierwsza asferyczna. Wersja w serii New FD jest nieco mniejsza i lżejsza. Świetnie spasowuje się z Sony A7R II i doskonale sprawdza się rozwiązanie z trzema łatwo odróżnialnymi w dotyku pierścieniami: najbliżej aparatu jest ten do zmiany przysłony, środkowy kontroluje ogniskową a trzeci, z przodu obiektywu, pozwala ustawiać ostrość. Obiektyw nieco wydłuża się przy przeostrzaniu natomiast jego długość jest stała przy zoomowaniu. Ergonomia jest znakomita. Mały zakres zmiany ogniskowej daje bardzo krótki ruch pierścienia – przejście od 24 mm do 35 mm jest błyskawiczne. Według dzisiejszych standardów jest to skromny zakres, ale w małym „opakowaniu” daje trzy użyteczne ogniskowe. Przy okazji warto zauważyć, że współcześnie jest jeden zoom o takim zakresie: Sigma A 24-35 mm f/2,0 DG HSM; znacznie jaśniejszy ale też większy i cięższy.

Soczewka asferyczna nieźle koryguje krzywiznę pola i aberrację sferyczną i obiektyw jest ostry na brzegach nawet przy pełnym otworze przysłony. Warto zauważyć na co Canon położył nacisk projektując te optykę: środek obrazu nie jest oszałamiający przy f/3,5, ale za to jakość jest dość wyrównana na całej powierzchni kadru. Winietowanie jest wyraźne przy pełnym otworze przysłony ale przynajmniej prawie jednakowe całym zakresie ogniskowych. Obiektyw ma dobry kontrast i jest dość odporny na tylne światło. W szerokokątnych i dość ciemnych obiektywach trudniej jest oceniać boke. Przy f/3,5 i ogniskowej 35 mm fotografując z minimalnej odległości ustawienia ostrości można uzyskać jakieś rozmycie tła. Po przymknięciu nie jest zbyt ładnie, szczególnie ze względu na to, że przysłona jest tylko 6-listkowa. Jest to obiektyw z czasów, gdy boke miało mniejsze znaczenie niż inne parametry obrazu, Słowo, które dobrze określa ten zoom Canona to: równowaga. Wszystko jest w nim wyważone, bez szaleństw, ale i bez wpadek.

Canon FD 20-35 mm f/3,5L

O ile Canon FD 24-35 mm f/3,5 S.S.C. Aspherical powstał w czasach, gdy wśród użytkowników Canona było bardzo niewielu zawodowców a Canon F-1 był jedyną systemową lustrzanką firmy, jego następca pojawił się, gdy Canon miał nieco więcej do zaoferowania profesjonalistom. Na początku drugiej połowy lat 80. XX wieku mogli wybierać choćby między dość tradycyjnym Canonem New F-1 a niezwykle nowoczesnym Canonem T–90. Ale zanim zawodowcy zdążyli się “rozsmakować” w serii lustrzanek T, firma porzuciła mocowanie FD na rzecz nowego, w pełni elektronicznego bagnetu EF. Zatem niewiele osób mogło sprawdzić jakość Canona FD 20-35 mm f/3,5L.

Na uznanie zasługuje konserwatywna postępowość Canona: jeśli chodzi o parametry obiektyw nie miał sobie równych w czasie wprowadzenia na rynek, więc w pewnym sensie był rewolucyjny. A z drugiej strony, zachowano ergonomię i rozwiązania jeśli chodzi o sposób zmiany ogniskowej i ostrości i – co najważniejsze – rozszerzając zakres ogniskowych na dole o niezwykle użyteczne  4 mm utrzymano wysoką jakość obrazu, wyrównaną między środkiem a brzegiem, i filozofię wyważenia różnych parametrów obiektywu. Mimo zmiany konstrukcji wobec poprzednika – teraz jest 11 soczewek w 11 grupach – doświadczenie użytkowania jest identyczne a jakość prawie nieodróżnialna. Powiedziałbym nawet, że mimo zwiększenia zakresu zooma, jakość jest minimalnie lepsza. Widzę, że odrobinę zmniejszono winietowanie i poprawiono odporność na flarę. W sumie – czy na Canonach New F-1, T-90, czy na Sony serii A7 –  to jeden z najlepiej leżących i dających solidną jakość optyczną zoomów szerokokątnych. Minusy to – podobnie jak u poprzednika – nienajlepsze boke i obracający się przy zmianie ostrości przód obiektywu.

Canon EF 20-35 mm f/2,8L

Canon EF 20-35 mm f/2,8L startował z innej pozycji niż poprzednicy: z jednej strony firma porzuciła cały system FD – za co niektórzy użytkownicy systemu “obrazili” się na Canona – i zaczynała walkę o klienta od nowa; ale z drugiej strony firma włożyła w ten – i inne zawodowe szkła nowego systemu EF – ogromne nakłady pracy i najnowsze technologie. Canon uwierzył, że autofokus jest dla zawodowców i wygrał na tym. Nikon początkowo traktował samoczynne ustawianie ostrości jako zabawkę dla amatorów – i na tym stracił.

Canon EF 20-35 mm f/2,8L jest skonstruowany jak czołg, a przy tym ma akceptowalne gabaryty na bezlusterkowcach Sony serii A7. Niezbędny jest elektroniczny adapter – taki jak Metabones Smart Adapter IV –  aby móc sterować przysłoną z poziomu aparatu; wtedy działa również autofokus. Ergonomia jest dobra, a wewnętrzne ogniskowanie sprawia, że przód obiektywu się nie obraca. Optycznie  jest to bardzo dobry obiektyw: przy większej jasności od poprzednika co najmniej dorównuje mu jakością. Środek obrazu przy pełnym otworze przysłony jest nieco lepszy niż w Canonie FD 20-35 mm f/3,5L, ale brzegi są nieco gorsze. Po niewielkim przymknięciu jakość się wyrównuje na powierzchni kadru. Winietowanie jest spore przy f/2,8, ale również szybko się poprawia po przymknięciu. Problemem jest skomplikowana dystorsja i podatność na zaświetlenia przy świetle tylnym. Przy 35 mm i f/2,8 można uzyskać ładne rozmycie tła, natomiast przymknięcie szybko pokazuje, że Canon nadal – tak jak w poprzednikach – stosuje tylko 6-listkową przysłonę. To solidna optyka dająca niezły autofokus na Sony A7R II przez odpowiedni adapter a jedyny problem stanowi brak części zamiennych – jeśli padnie silnik autofokusa lub mechanizm elektromagnetycznej przysłony, może być problem z naprawą.

Podsumowując, cała trójka starych zoomów szerokokątnych Canona z soczewką asferyczną daje solidną jakość mechaniczną i optyczną na pełnoklatkowych bezlusterkowcach Sony. Z punktu widzenia wygody fotografowania najciekawszą propozycją wydaje się być Canon EF 20-35 mm f/2,8L: z odpowiednim adapterem dostajemy dość szybki autofokus, sterowanie przysłoną z aparatu a przód obiektywu nie obraca się, co ułatwia korzystanie z filtrów polaryzacyjnych czy połówkowych. Jednak jako długoterminowa inwestycja jest to najbardziej wątpliwy zakup: ze względu na  elektroniczne sterowanie samoczynnym ustawianiem ostrości i przysłoną jest tu najwięcej nieprodukowanych od dawna podzespołów, które mogą się zepsuć. Na drugim biegunie mamy najstarszy z testowanej trójki obiektyw, czyli Canon FD 24-35 mm f/3,5L; to fajny i mały obiektyw z bardzo krótkim przełożeniem zoomu, co sprawia, że zmiana kąta widzenia jest błyskawiczna. Do tego ma najkrótszą minimalną odległość ustawiania ostrości – 0,4 m, podczas gdy pozostałe dwa obiektywy ostrzą od 0,5 m. Ale zważywszy na to, że  Canon FD 24-35 mm f/3,5L jest zazwyczaj oferowany w podobnej cenie  (przy zbliżonym stanie) , co Canon FD 20-35 mm f/3,5L, ten ostatni obiektyw wydaje się najbardziej wyważoną propozycją szerokokątnego zoomu dla pełnoklatkowych bezlusterkowców Sony, jeśli weźmiemy pod uwagę kombinację gabarytów, parametrów, jakości i – właśnie ceny.

Ale ostatecznie, którego obiektywu z tej trójki byśmy nie wybrali, nie popełnimy błędu, pod warunkiem, że są w pełni sprawne. Warto grzebać w nieco starszych obiektywach, bo często oferują kombinację różnych cech, jakiej nie mają ich obecnie następcy.

Tekst i zdjęcia: Jarosław Brzeziński

Obrazek domyślny
Jarosław Brzeziński

Jarosław Brzeziński, ur. 1962 r., fotograf, malarz i tłumacz z tytułem magistra filologii angielskiej.
Blog pod adresem: https://towarzystwonieustraszonychsoczewek.blogspot.com/
W roku 2005 opublikował książkę “Canon EOS System”.
W latach 1998- 2009 odpowiedzialny w UKIE za tłumaczenia wszystkich dokumentów związanych z akcesją oraz członkostwem Polski w UE.
W latach 1996- 2011 redaktor i autor setek artykułów na temat sprzętu fotograficznego i fotografii dla czołowych miesięczników branżowych.
W latach 1987-1998 pracował jako nauczyciel angielskiego.
W latach 1994-1996 pracował jako freelancing copywriter dla Ogilvy & Mather.
Od 12 lat jest głównym ekspertem ds. tłumaczeń w Centrum Europejskim Natolin.
Od 25 lat pracuje jako zawodowy fotograf ślubny, reklamowy, reklamowy, eventowy, przemysłowy, korporacyjny oraz portrecista, zarówno w studio jak i w terenie.
Od 30 lat pracuje jako tłumacz polsko-angielski oraz angielsko-polski dla czołowych firm i organizacji.

Wpisów: 1552

Zostaw komentarz