Refleksje nad Sony Alpha a7 trzeciej generacji – Quo vadis, bezlusterkowcu?

Zacznę od jasnego wyznania: im pełnoklatkowe bezlusterkowce Sony są doskonalsze, tym moje zastrzeżenia co do kierunku rozwoju systemów bezlusterkowców są coraz większe. Zanim ktoś oskarży mnie o stronniczość, wrogość wobec Sony i niewolnicze opowiadanie się po stronie jakiegoś innego systemu, muszę w skrócie przedstawić swoją drogę poprzez różne systemy sprzętu fotograficznego. W czasach analogowych po kolei używałem systemów: Canon FD, Nikon AF, Pentax (manualne i autofokus), Canon EF, Mamiya RZ67. W erze cyfrowej: Canon EF, Nikon (do dzisiaj) no i właśnie Sony E i FE. Miałem do dzisiaj kilkadziesiąt korpusów i kilkaset obiektywów. Jeśli chodzi o Sony miałem/mam Sony a6000, a5100 oraz – w pełnej klatce – najpierw Sony a7 pierwszej generacji a potem – i do dziś – Sony a7R II. Mam oczywiście system Nikona, ale w ostatnich latach częściej używam właśnie Sony. I niech wszystko będzie jasne: uwielbiam moją Alphę a7R II, zarówno za jakość zdjęć, jak i zdolność do przyjmowania przez adaptery właściwie każdego obiektywu z każdego systemu. Konkurencyjne systemy pełnklatkowych bezlusterkowców dopiero co zostały ogłoszone, ale pierwsze wrażenia potwierdzają to, że moje zastrzeżenia w odniesieniu do Sony w zasadniczej części stosują się do systemów Canon RF i Nikon Z. Mało tego, powielając niedostatki i błędy z początków systemu Sony Alpha, Canon i Nikon pokazują, że niczego się nie nauczyły z drogi, jaką przeszedł ich rywal przez ostanie pięć lat.

Szaleństwo na punkcie pełnoklatkowych bezlustekowców Sony narasta i coraz liczniejsze grupy użytkowników porzucają na ich rzecz z jednej strony systemy pełnoklatkowych lustrzanek, głownie Canona i Nikona, a z drugiej bezlusterkowce o mniejszych matrycach. I chociaż widzę wiele argumentów przemawiających za słusznością tego „pospolitego ruszenia”, nie mogę nie starać się nieco pohamować ów owczy pęd i ostudzić nadmiernie rozgrzane głowy opanowane przez masową wyobraźnię, która nagle wydaje się wskazywać, że jest tylko jedna droga do nowego, wspaniałego świata, a na końcu tej drogi majaczy korpus z nazwą zaczynająca się na literę „S”, symbolem zawierającym cyfrę „7” oraz kończącym się liczbą opisaną rzymskimi cyframi. Zważywszy na tempo ewolucji modeli pełnoklatkowców Sony, niedługo jednym z elementów tej liczby będzie zapewne rzymskie „X”.

Zdjęcie zrobione aparatem Sony a7R II i obiektywem Diaplan 80 mm f/2,8

Dopóki seria A7 była pełnoklatkową alternatywną dla bezlusterkowców pokroju Fujiflm serii X-E (czy własnej serii NEX/a5x00-a6x00), mogłem wybaczyć jej to, że żywotność akumulatora jest żałosna a pojedyncze gniazdo karty SD aż prosi się o katastrofę w postaci utraty zrobionych zdjęć. Możliwość zabawy obiektywami starszymi i nowszymi różnych generacji i z różnych systemów przy zachowaniu ich pełnego „pola widzenia” usprawiedliwiała nawet nieżyciowe rozwiązania w zakresie ergonomii, katastrofalne systemy menu czy nieintuicyjne ustawienia niektórych funkcji. Radość z możliwości testowania na jednym korpusie Heliosów, Praktikarów, Rokkorów, Hexagonów, Nikkorów, optyki Canon FD i EF, Olympus Zuiko OM, Pentax, Contax, Leica M i R, itd. osładzała życie na tyle, że przymykałem oko na niedostatki. Tym bardziej, że cena pierwszego modelu (a7) była rozsądna, a gabaryty na tyle niewielkie, że wydawało się iż to, czego nie doczekaliśmy się ze strony lustrzanek cyfrowych – czyli zamknięcie pełnej klatki w małym korpusie – wreszcie udało się osiągnąć dzięki usunięciu komory lustra. Ale im bardziej Sony udoskonalało serię, tym kierunek tej ewolucji coraz mniej mi odpowiada. Trzecia generacja naprawia wiele usterek poprzedników  – na przykład uchwyt jest wygodniejszy, bateria wydajniejsza i jest podwójne gniazdo kart pamięci – ale gabarytowo zbliża się do lustrzanek cyfrowych.

Sony A7 III i Canon EOS 5D Mark III z systemowymi zoomami 24-70 mm f/2,8

Zapewne moje niezadowolenie wynika z oczekiwań. Nigdy nie chciałem, aby bezlusterkowce stały się alternatywną dla sportowych korpusów lustrzanek. Najlepsze okazy te ostatniej kategorii są tak doskonałe, że nie widzę specjalnie potrzeby zastępowania ich czymś innym. A przy okazji, praw fizyki nie da się oszukać i – przy zastosowaniu analogicznych materiałów i technologii – zawodowa optyka będzie ważyła mniej więcej tyle samo, czy to do lustrzanki czy bezlusterkowca na pełnej klatce. Niedawno wydawało się, że Sony pokonała prawa fizyki, gdy ogłosiła jak lekka będzie jej “czterechsetka-dwa-osiem”, ale dzisiejsza premiera  Canona EF 400 mm f/2,8L III IS USM pokazuje, że taka redukcja wagi jest możliwa w optyce do lustrzanek, a zatem saldo wagowe ponownie wychodzi na zero. A co do długości obiektywu, również cudów nie ma i widać to najlepszej w przypadku tej samej optyki producentów niezależnych: wersja do bezlusterkowca jest dłuższa od tej do lustrzanek – mniej więcej o głębokość komory lustra. Co odjęto z aparatu, trzeba dołożyć do obiektywu. Proste.

Sony A7 III i Canon EOS 5D Mark III z systemowymi zoomami 24-70 mm f/2,8

Na dodatek dzisiejsza premiera ważącego prawie półtora kilograma Canona 28-70 mm f/2 pokazuje pewną tendencję: zamiast zająć się tworzeniem lekkich stałek, wykorzystujących możliwość projektowania mniejszej optyki dzięki krótszej drodze optycznej do matrycy niż w lustrzankach, producenci prześcigają się w tworzeniu coraz większych i cięższych obiektywów o ekstremalnych parametrach. A do tego dochodzi kwestia cen. Producenci bezlusterkowców proponują nam często drogie jak na umiarkowaną jasność obiektywy – tak było w przypadku Sonnara 35 mm f/2,8 do systemu Sony i tak jest z Nikkorem 50 mm f/1,8 do systemu Nikon Z. Tanio wychodzi tak naprawdę tylko adaptacja starych obiektywów.

Kilkunastokrotna różnica w cenie między obiektywem adaptowanym a systemowym o tej samej ogniskowej i jasności

I jeszcze jedna rzecz, która przemawia przeciwko obiektywom Sony do bezlusterkowców: całkowite przejęcie kontroli nad ręcznym ustawianiem ostrości przez silnik. I nie chodzi tylko o to, że w przypadku awarii motorka nie możemy wcale ostrzyć; przy kręceniu filmów mechaniczne ręczne ustawianie ostrości jest po prostu znacznie lepsze.

Zdjęcie zrobione aparatem Sony a7R II i obiektywem New Petzval 85 mm f/2,2 Art Lens

Mógłbym tak ciągnąć dalej rozmaite refleksje, ale nie chcąc zanudzić czytelnika na śmierć, podsumuję moje zastrzeżenia do kierunku rozwoju serii Sony A7 w trzech punktach:

  1. Gabaryty.
  2. Czy Sony nie mogło zrobić aparatów dobrze za pierwszym razem?
  3. Cena.
Zdjęcie zrobione aparatem Sony a7 i obiektywem Canon FD 300 mm f/2,8L

A teraz bardziej szczegółowo:

  1. Gabaryty: są coraz bliższe lustrzankom; w pewnych kombinacjach z obiektywami bezlusterkowce są zwyczajnie większe, a to przeczy części pierwotnych zalet oraz niweluje korzyści płynące z braku komory lustra. Jak mówił hydraulik grany przez Jana Kobuszewskiego w słynnym skeczu kabaretu „Dudek”: Praw fizyki Pan nie zmienisz, nie bądź Pan głąb.
  2. Czy nie mogli zrobić aparatów dobrze od razu? Widać, że Sony uczy się dopiero – chociaż trzeba przyznać, że dość szybko – dawać fotografom potrzebne im rozwiązania. Ewolucja jest szybka, ale to bardzo przeczy sensowności inwestycji w nowe aparaty przez amatorów; z kolei stare generacje przy niskiej cenie wydają się strasznie „niedopracowane” w porównaniu z najnowszymi modelami. No i druga kwestia, której może przyświecać klasyczne już powiedzenie  „Łatwiej kijek pocieńkować, niż go potem pogrubasić.” Otóż na początku ewolucji cyfrowych lustrzanek, w korpusy przystosowane do rejestrowania obrazów o wielkości 24 x 36 mm wsadzano matryce mniejsze; wtedy korpusy były wielkie ale nie stanowiły ograniczenia dla matrycy. Natomiast system Sony E został stworzony dla matryc formatu APS-C; dopiero w pewnej chwili zaczęto pakować w aparaty matryce pełnoklatkowe. I to trochę widać, bagnet stanowi pewne ograniczenie; czasem nawet – i to dość dosłownie – będąc wąskim gardłem systemu. Widać to w problemach ze światłem peryferyjnym z obiektywów szerokokątnych a także z działaniem dołożonego nieco na siłę systemu stabilizacji matrycy. Sony NEX były w swoim czasie fajnym rozwiązaniem, jako alternatywa dla niepełnoklatkowych lustrzanek, szczególnie jeśli chodzi o kręcenie filmów. Ale wygląda na to, że projektanci nie przewidzieli, iż bagnet Sony E będzie montowany w pełnoklatkowych aparatach ze stabilizowaną matrycą, które mają rywalizować z profesjonalnymi lustrzankami cyfrowymi. Tu większe średnice bagnetów systemów Nikon Z i Canon RF otwierają większe możliwości.
  3. Cena. Pierwszy pełnoklatkowy model Alpha a7 miał umiarkowaną cenę, a po zaadaptowaniu starych szkieł system wychodził tanio; model topowy trzeciej generacji jest dość drogi, a optyka firmowa – jak na parametry – bardzo droga.
Sony-a7I-Canon-FD-300mm-f4L
Zdjęcie zrobione aparatem Sony a7 i obiektywem Canon FD 300 mm f/4L

I na koniec powiem przewrotnie: przy wszystkich zastrzeżeniach wobec kierunku rozwoju bezlusterowców, które z konieczności przestawiłem na przykładzie jedynego ich systemu, który możemy oceniać z perspektywy historycznej, czyli Sony Alpha a7, muszę stwierdzić, że na dzień dzisiejszy system Sony i tak jest najdoskonalszy i to ze sporą przewagą nad świeżo wyłonionymi rywalami. Rozumiem, że firmy Canon i Nikon widząc erozję swojej bazy użytkowników w końcu postanowiły wypuścić własne pełnoklatkowe bezlusterkowce, aby powstrzymać ucieczkę fotografów do szeregów wielbicieli Sony, ale jak się ktoś spóźnia na przyjęcie o pięć lat, wypada być dobrze przygotowanym i przynieść doskonały tort w prezencie. Tymczasem zalążki systemów Canon RF i Nikon Z wyglądają na słodycze niedopieczone i przygotowywane w pośpiechu, jakby ktoś w dziale marketingu nagle obudził się pół roku temu i zauważył, że zbliżają się targi Photokina, więc trzeba coś nowego pokazać (chociaż wiem, że cykl rozwojowy takich produktów jest znacznie dłuższy). Nikon umieścił przynajmniej  w modelach Z6 i Z7 dobre, sprawdzone matryce a po Canonie EOS R spodziewam się typowej dla Canonów z ostatnich lat kiepskiej rozpiętości tonalnej, ale w sumie propozycje żadnego z dwóch gigantów mnie nie przekonały i na razie pozostaję przy Sony a7R II. I przy szufladach adaptowanych obiektywów.

Tekst: Jarosław Brzeziński

Zdjęcia: Zespół InterFoto i Jarosław Brzeziński

Zdjęcie zrobione aparatem Sony a7R II i obiektywem Sony A 500 mm f/8 Reflex
Obrazek domyślny
Jarosław Brzeziński

Jarosław Brzeziński, ur. 1962 r., fotograf, malarz i tłumacz z tytułem magistra filologii angielskiej.
Blog pod adresem: https://towarzystwonieustraszonychsoczewek.blogspot.com/
W roku 2005 opublikował książkę “Canon EOS System”.
W latach 1998- 2009 odpowiedzialny w UKIE za tłumaczenia wszystkich dokumentów związanych z akcesją oraz członkostwem Polski w UE.
W latach 1996- 2011 redaktor i autor setek artykułów na temat sprzętu fotograficznego i fotografii dla czołowych miesięczników branżowych.
W latach 1987-1998 pracował jako nauczyciel angielskiego.
W latach 1994-1996 pracował jako freelancing copywriter dla Ogilvy & Mather.
Od 12 lat jest głównym ekspertem ds. tłumaczeń w Centrum Europejskim Natolin.
Od 25 lat pracuje jako zawodowy fotograf ślubny, reklamowy, reklamowy, eventowy, przemysłowy, korporacyjny oraz portrecista, zarówno w studio jak i w terenie.
Od 30 lat pracuje jako tłumacz polsko-angielski oraz angielsko-polski dla czołowych firm i organizacji.

Wpisów: 1575

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.