Co mnie cieszy w fotografii w 2026 roku?

Po całym tym narzekaniu na to „Co mnie denerwuje w fotografii w 2026 roku?” łatwo byłoby uznać, że fotografia zmierza donikąd, zjadła swój ogon i że została zdominowana przez algorytmy, sprzęt, ego i marketing, a jednak to też nie do końca jest prawda. Gdy uda nam się wyciszyć cały ten hałas, osiągnąć stan zen, nirwanę, czy po prostu trzeźwość osądu i przyjrzymy się dokładniej medium to odkryjemy, że moneta ma drugą stronę, po której znajdują się rzeczy wyjątkowo ważne. Trzeba tylko chcieć.

Coraz więcej ludzi fotografuje z potrzeby, nie z ambicji
Obok krzykliwego mainstreamu, zawodowców balansujących na granicy influencer’stwa czuje, że coraz więcej ludzi wokół mnie robi zdjęcia całkowicie bez parcia na rezultaty, bez potrzeby udowadniania czegokolwiek, komukolwiek. Fotografują swoje życie, swoje relacje, swoje małe światy, które co dzień przemierzają i kompletnie nie interesuje ich kolejne Small Fest Photo, monetyzacja, feed, nowe premiery, a jedyne co jest dla nich ważne to fakt, że aparat pomaga im być uważniejszymi, zatrzymać się w pędzącej rzeczywistości, uwiecznić ważny moment i to jest piękne, czyste i cholernie zdrowe.

Powrót do małych, osobistych historii
Obok wielkich (często pustych) manifestów artystycznych pojawia się coraz więcej małych historii, opowieści, które nie proszą o uwagę i są znacznie bardziej o obecności i wnikliwej obserwacji zjawisk najbliższych i może przez to najważniejszych – domu, rodziny, ciała, natury, codzienności czy miejsca małego, prostego człowieka w wielkim wszechświecie i jak w nim nie oszaleć. Fotografia, co mnie niezmiernie cieszy znów zaczyna pełnić funkcję zapisu doświadczenia, opatrzonego stemplem emocjonalności i głębi, a nie tylko estetycznej deklaracji i właśnie przez to staje się dla mnie bardziej prawdziwa i bliska.

Świadome mieszanie narzędzi
Aparaty analogowe i cyfrowe przestają być tylko obozem, do którego dołączamy i ślepo w niego wierzymy w iście sekciarski sposób, a zaczynają być świadomym narzędziem wyrazu, z których powinniśmy wszyscy korzystać zależnie od tego jakie mamy potrzeby. Coraz częściej w tej dyskusji słyszę nie „co jest lepsze”, a częściej dolatuje do mnie „co jest właściwsze w tej sytuacji”. Okazuje się, że jest przestrzeń, by wspólnie przeżywać, bo dziś klisza wraca do swoich korzeni, a może przeżywa rozkwit, a cyfra zostaje tam, gdzie potrzebna jest niezawodność. Koniec wyznawców i fałszywych proroków.

Mniej fetyszu mistrzostwa, więcej procesu
Otwieramy się na błąd i coraz mniej z Nas operuje perfekcją. Pojawia się zgoda na bycie w procesie i na to, żeby eksperymentować, zmieniać, poszukiwać, wchodzić dwa razy do tej samej rzeki, napotykać na ścianę i gonić własny ogon i to jest okej. Coraz więcej ludzi pokazuje rzeczy niedoskonałe, niepewne, robocze, a niektóre nawet w pół drogi i to pozwala innym zdjąć z barków ciężar rezultatów i oczekiwań.

Świadomość, że sprzęt to tylko narzędzie
Ostatnie lata (również w moim wykonaniu) to zachłyśnięcie się specyfikacją i możliwościami aparatów cyfrowych, a dziś mam poczucie, że wracamy do prostego, podstawowego rozróżnienia: aparat nie robi zdjęć, robi je człowiek. Oczywiście sprzęt jest ważny, ale przestał być fetyszem samym w sobie i choć sam się łapię na tym, że nadal potrafię ogłupić się jakąś nowością to staram się patrzeć na nią przez pryzmat fotograficznego narzędzia, za pomocą którego mogę zrobić coś czego nie mogłem do tej pory.

Cisza jako wartość
Algorytmy SoMe przejadły się wielu z Nas i coraz bardziej czuję, że w kontrze do tego znacznie wrosło przyzwolenie na znikanie. Na to żebyśmy wszyscy zrobili sobie przerwę, ale też na to by realizowane projekty dojrzewały w Nas latami czy miesiącami. Coraz mocniej dbamy o prywatność i po prostu nie wrzucamy wszystkiego lub jeśli to robimy to idzie za tym jakaś kreatywna wartość i ciekawe podejście. Fotografia nabiera kontemplacyjnego tempa pełnego uniesienia i zachwytu nad otaczającym światem, które świetnie obrazuje japoński termin Komorebi, czyli określenie oznaczające promienie słońca przesączające się przez korony drzew, tworzące taniec światła i cienia na ziemi, a które poznałem właśnie dzięki filmowi „Perfect Days” Wima Wendersa.

Coraz więcej odpowiedzialności
Gdy granica między fotografią, ilustracją i generacją staje się coraz bardziej rozmyta to naturalnym procesem jest pojawienie się refleksji i pytań o etykę, intencję, uczciwość wobec odbiorcy. Oczywiście nadal nie wszędzie, nie zawsze, ale wyraźnie widać zwrot w tym kierunku. Wydaje mi się, że powinniśmy coraz mocniej zwracać uwagę na to co jeszcze jest fotografią, a co foto-grafiką i jest część osób, która wywiązuje się z tego zadania i podpisuje swoje prace jako stworzone przy wykorzystaniu Ai.
Jak widzę fotografię w 2026 roku?
Kończę dopijać zimną już herbatkę z cytrynką i miodem, a wiecznie zimne dłonie (przepizgało mnie na zdjęciach przeokrutnie) stukają w klawiaturę, wybijając znajomy rytm jednego z moich ulubionych utworów warszawskiej grupy WWO – „Zen” i nucę sobie, że „nic mnie nie wkurwi dzisiaj”, bo fotografia w 2026 roku nie jest ani lepsza, ani gorsza. Jest po prostu bardziej spolaryzowana, jak wszystko w tym dualistycznym świecie. Z jednej strony hałas, tempo, nadmiar, a z drugiej – cisza, uważność, minimalizm.
To wbrew pozorom napawa mnie optymizmem , bo nigdy wcześniej wybór drogi nie mógł być tak świadomy i wolny, Można robić zdjęcia szybko, ale można też wolno i dzięki temu fotografia jest wiecznie żywa, bo można wszystko, a nie trzeba nic.
Wystarczy tylko być tu i teraz i w zgodzie ze sobą wcisnąć przycisk.








