Sigma S 500mm F5.6 S DG DN OS – światło ucieka, fotograf goni, czyli o udanym pójściu na kompromis

Po ostatnim spotkaniu z 400mm przyszła pora sięgnąć jeszcze dalej, a jednocześnie pozostać w zakresie rozwiązań z pogranicza i kompromisu. Tym razem na aparat trafiła Sigma S 500mm F5.6 S DG DN OS, czyli obiektyw, przy którym dość szybko pojawiają się dwie myśli – jeju jakie to małe i o jeju jakie to ciemne. To ważne szczególnie teraz, gdy moment, w którym słońce kończy lub zaczyna dzień staje się coraz krótszy, a przecież to idealny czas i właśnie wtedy pan fotograf zaczyna błyszczeć, a tego czasu jesienią mamy coraz mniej.
Wyjście w plener dobrze pokazało obie strony kompromisu na jaki zdecydowano się pójść w ramach konstruowania szkła Sigma S 500mm F5.6 S DG DN OS. Jesienią światła ubywa szybciej, niż bym chciał, ale mimo to Sigma nadal pracowała całkiem nieźle i chociaż momentami miałem ochotę poprosić o jaśniejszą przysłonę to trudno było nie docenić tego, co dostajemy w zamian, bo 500mm w gabarytach, z którymi można normalnie ruszyć w teren bez myślenia o tym, że dźwigamy niezłą armatę to naprawdę radość.

Oczywiście można chcieć wszystkiego, bo kto nie marzy o długiej ogniskowej, dużym otworze względnym, małej masie i dodatkowej przestrzeni w torbie na drugie szkło, z dodatkowym backupowym body. Niestety fizyki póki co nie umiemy jeszcze oszukać i gdzieś trzeba odpuścić. W przypadku szkła Sigma S 500mm F5.6 S DG DN OS odpuszczamy trochę światła, ale zyskujemy całkiem kompaktowe gabaryty. Co to oznacza? Tyle, że to wciąż teleobiektyw, a nie naleśnik do aparatu na wakacje, ale wersja z mocowaniem Sony E waży 1365 g i ma około 23,7 cm długości, co przy ogniskowej 500mm sprawia, że są to gabaryty, które pozwalają poważnie myśleć o fotografowaniu z ręki i przemieszczaniu się ze sprzętem bez robienia z każdego wyjścia osobnej wyprawy logistycznej. Szczególnie, że podpiąłem dosyć małe i zgrabne Sony A7CR.

Właśnie podczas takiego spaceru sens tej konstrukcji robi się najbardziej czytelny. Można zmienić miejsce, poszukać innego tła, poprawić kąt, przejść dalej. Przy szybko uciekającym świetle ta swoboda ma znaczenie. Samo posiadanie długiej ogniskowej niewiele daje, jeśli perspektywa noszenia sprzętu skutecznie zniechęca do ruszenia się o kolejne kilkadziesiąt metrów, a 500mm potrafi wciągnąć. Zaczynamy oglądać otoczenie fragmentami, wyławiać szczegóły i szukać kadrów tam, gdzie wcześniej widzieliśmy po prostu większą scenę. Trzeba przy tym uważniej wybierać miejsce, z którego fotografujemy. To stałka, więc czasami trzeba się cofnąć, a czasami zaakceptować, że ten konkretny kadr dziś nie powstanie.
Podczas tego wyjścia najbardziej dawała jednak o sobie znać jasność i chociaż F5.6 przy 500mm jest zrozumiałym kompromisem konstrukcyjnym to pod koniec dnia zaczyna się go odczuwać wyjątkowo mocno i szybko. Dopóki światła jest pod dostatkiem, wszystko układa się całkiem przyjemnie, ale gdy słońce znika, robi się mniej wygodnie: trzeba podnosić ISO, wydłużać czas albo zdecydować, na czym w danym zdjęciu najbardziej nam zależy. W porównaniu z F4 tracimy jeden stopień światła. W praktyce przy tej samej scenie i tym samym czasie oznacza to dwukrotnie wyższe ISO. Można wzruszyć ramionami, dopóki warunki są dobre, a programy do odszumiania coraz lepsze. Pod koniec dnia taka różnica potrafi już mieć znaczenie. Jednak nie chciałbym, żeby to zabrzmiało jak historia o obiektywie, który po zniknięciu słońca staje się bezużyteczny. Moje wrażenia są znacznie lepsze, bo mimo szybko uciekającego światła szkło pracowało całkiem nieźle i nie miałem poczucia, że cały pomysł na tę Sigmę przestaje się sprawdzać.

To zresztą ważne rozróżnienie, bo można zrobić zdjęcie w trudniejszych warunkach, a jednocześnie wiedzieć, że w lepszym świetle pracowałoby się swobodniej. W tym przypadku właśnie tak to odbieram. Na zewnątrz, przy dobrych warunkach, ta pięćsetka ma bardzo dużo sensu. Kiedy robi się ciemniej, nadal można fotografować, ale trzeba już uważniej pilnować parametrów. Sigma pomaga tu autofokusem i stabilizacją optyczną i to wyposażenie istotne w obiektywie, który ma zachęcać do pracy z ręki. Stabilizacja ogranicza jednak skutki drżenia aparatu, a nie ruch fotografowanego obiektu, zatem jeśli temat się porusza, odpowiednio krótki czas wciąż pozostaje potrzebny. Nawet najlepszy układ stabilizacji nie przekona go, żeby na chwilę zastygł.
W tym miejscu aż prosi się o odniesienie do szkła TTArtisan 500mm F6.3 ED, bo na pierwszy rzut oka mamy całkiem podobny pomysł – długą stałkę o umiarkowanej jasności, w klasycznym tubusie, choć oczywiście TTArtisan jest manualny. Pierścień ostrości nie jest tam opcją na specjalne okazje, tylko podstawowym narzędziem pracy i właśnie ta różnica ma dla mnie większe znaczenie niż niewielki odstęp między F5.6 a F6.3. Ręczne ostrzenie przy 500mm może dawać satysfakcję, szczególnie gdy temat jest spokojny i mamy czas dopracować ustawienie. Gdy jednak obiekt zmienia położenie, a światło właśnie ucieka to fotograf ma już wystarczająco dużo zajęć. Trzeba znaleźć temat w wąskim kadrze, utrzymać kompozycję, pilnować ekspozycji i jeszcze trafić z ostrością. Autofokus zwyczajnie zdejmuje część tej pracy z głowy.

Podobieństwo obu obiektywów nie oznacza też identycznej konstrukcji ani rozmiarów. TTArtisan mierzy około 31,7 cm i zależnie od mocowania waży mniej więcej 1,6 kg. Sigma jest więc krótsza i lżejsza, mimo że oferuje autofokus oraz stabilizację. To dobrze pokazuje, że jej niewielkie gabaryty są konkretną zaletą, a nie tylko hasłem w opisie produktu. Nie traktuję tego jako bezpośredniego pojedynku, bo sam fakt posiadania ogniskowej 500mm nie oznacza jeszcze takiego samego sposobu fotografowania. TTArtisan wymaga większego udziału fotografa w samym ustawianiu ostrości. Sigma daje więcej swobody, gdy sytuacja zmienia się szybko. Przy uciekającym słońcu łatwo docenić tę różnicę. Czy wartą dopłacania 5-ciokrotnie? To już zostawię każdemu do własnej kalkulacji.
Galeria zdjęć przykładowych 2000px wykonana za pomocą obiektywu Sigma S 500mm F5.6 S DG DN OS i aparatu Sony A7CR
Pliki 1:1 do pobrania wykonane za pomocą obiektywu Sigma S 500mm F5.6 S DG DN OS i aparatu Sony A7CR
Po tym plenerze mój główny zarzut pozostaje prosty: chciałoby się jaśniej. Zaraz potem pojawia się jednak pytanie, ile dodatkowej masy i objętości byłbym gotów za to zaakceptować, bo tę niewielką pięćsetkę łatwo polubić właśnie za to, że można z nią chodzić, szukać i reagować. Sigma S 500mm F5.6 S DG DN OS jest udanym kompromisem dla kogoś, kto chce długiej ogniskowej i zachowania mobilności, a przy tym najczęściej fotografuje na zewnątrz w dobrym świetle. Pod koniec dnia jej jasność będzie ograniczeniem i moje wyjście wyraźnie o tym przypomniało. Jednocześnie pokazało, że nawet wtedy można z nią całkiem przyjemnie popracować. Światło uciekało, fotograf próbował nadążyć, a Sigma nadal dawała radę. Następnym razem najchętniej zmieniłbym więc godzinę wyjścia. Szkło chętnie zabrałbym ponownie.


























