Godox iM10: 23 gramy wagi i ręczne sterowanie błyskiem

Fotografia ma zabawną relację z lampą błyskową. Najpierw uczymy się jej unikać, bo przecież zastane światło jest szlachetniejsze, bardziej naturalne i w ogóle lepiej wygląda w opisie pod zdjęciem. Później oglądamy fotografie z bezpośrednim błyskiem i nagle okazuje się, że ostre cienie oraz jasna twarz na ciemnym tle mają całkiem sporo charakteru. Godox iM10 dobrze wpisuje się w ten drugi moment. Wygląda jak drobiazg, który można zgubić w kieszeni, ale jego pomysł na fotografię jest wyjątkowo czytelny.

Godox iM10, czyli jak mała może być lampa błyskowa?
Nowy Godox mierzy 40 × 40 × 30 mm i waży około 23 gramów. To gabaryty, przy których obecność dodatkowej lampy przestaje być poważną decyzją logistyczną. Producent zastosował stopkę z pojedynczym stykiem centralnym, przeznaczoną do współpracy z różnymi aparatami cyfrowymi i analogowymi obsługującymi taki sposób wyzwalania błysku. Przed zakupem warto sprawdzić zgodność konkretnego korpusu.
W przypadku niewielkiego aparatu ma to sens. Duża lampa reporterska potrafi skutecznie odebrać kompaktowemu zestawowi całą jego kompaktowość. Tutaj dodatkowe źródło światła mieści się w tej samej kieszeni, do której wrzucamy zapasową kartę pamięci.

Cztery poziomy mocy i trochę własnego myślenia
iM10 oferuje ręczną regulację mocy w czterech krokach: 1/1, 1/2, 1/4 oraz 1/8. Nie ma automatyki TTL, więc dobór siły błysku pozostaje po stronie fotografa. Przy względnie stałej odległości od fotografowanej osoby taka obsługa może być całkiem wygodna. Ustawiamy ekspozycję, dobieramy moc i fotografujemy. Kiedy jednak ktoś podejdzie znacznie bliżej, trzeba zareagować. Mała lampa nie zwalnia z rozumienia światła.
To również ciekawy punkt wyjścia do eksperymentów. Bezpośredni błysk potrafi dać zdjęciu surowość, której czasami brakuje idealnie wygładzonym obrazkom. Twarz wychodzi do przodu, tło przygasa, a cień przestaje udawać, że go nie ma. Przy świadomym użyciu właśnie w tym tkwi urok takiego oświetlenia.

USB-C zamiast zapasu baterii
Wbudowany akumulator ma pojemność 125 mAh. Według Godoxa wystarcza na około 350 błysków przy pełnej mocy, a ponowne naładowanie lampy przez USB-C zajmuje około 70 minut. Czas ładowania między błyskami przy maksymalnym ustawieniu wynosi około trzech sekund. Trzy sekundy wyznaczają pewien rytm pracy. Przy spokojnym portrecie czy pojedynczych zdjęciach ze spotkania mogą być akceptowalne. Przy szybko zmieniającej się sytuacji oczekiwanie na gotowość lampy może już przeszkadzać.

Jest mała. Pozostaje pytanie, ile potrafi
W opublikowanej specyfikacji producent nie podaje liczby przewodniej ani energii błysku. Same wymiary i liczba zdjęć na jednym ładowaniu nie pozwalają więc rzetelnie ocenić jej zasięgu. To istotna luka. Dopiero praktyczny test pokaże, przy jakich odległościach, przysłonach i czułościach iM10 daje użyteczny efekt. Na razie najbardziej przekonuje jako pomysł na podręczny błysk do codziennych zdjęć. Obietnice większych możliwości warto zostawić do momentu, w którym ktoś rzeczywiście sprawdzi je z aparatem w ręku.

Godox iM10: minimalizm
Najciekawsza jest tutaj sama skala produktu. Sprzęt fotograficzny często obrasta funkcjami, rozmiarami i uzasadnieniami, dlaczego potrzebujemy kolejnego większego urządzenia. iM10 proponuje bardzo prosty układ: zakładasz małą lampę, dobierasz moc i robisz zdjęcie. Pozostaje sprawdzić, czy te 23 gramy dadzą wystarczająco dużo światła. Bo charakter bezpośredniego błysku można lubić albo nie. Błysk, którego na zdjęciu prawie nie widać, znacznie trudniej obronić.









