Do klasyków powrót! – Nikkor 24-70mm F2.8 ED G AF-S i Nikon D3

Fotograficznie wychowałem się w czasach, gdy bezlusterkowce dopiero delikatnie podgryzały branżę fotograficzną i nie do końca zdawałem sobie sprawę jak szybko okaże się, że zmienią i przejmą większość rynku oraz jak całe medium zyska inną świeżość, a także szerszą dostępność. Ostatecznie sam bardzo szybko wskoczyłem do tego kuszącego „pociągu bez luster”, a o większości lustrzanek dziś przychodzi mi słuchać od swoich kolegów z redakcji, choć czasem – jak dziś, sięgnę po jedną z nich, by sprawdzić jak fotografowało się onegdaj.

Za ten „magiczny artefakt przeszłości” posłuży mi Nikon D3 – pierwsza pełnoklatkowa lustrzanka w historii marki, ale też odpowiedź na politykę Canona, który w roku 2007 miał już matryce tego rozmiaru znacznie bardziej obcykane. Po latach specyfikacja na papierze może nie zatrzymuje, bo 12 Mpx na pełnej klatce wydawać mogłoby się wybrakowane, ale jeśli porzucimy onanizm sprzętowy to czy naprawdę potrzeba nam więcej? Szczególnie, że uniwersalność tego body związana z szybkością 9. klatek na sekundę, jak i bardzo dużą użytecznością w kiepskim oświetleniu przy zakresie ISO 200-6400 na tamte czasy sprawiła, że reporterzy natychmiastowo zaczęli zacierać ręce.

W tamtym czasie nie istniała oczywiście szklarnia, którą Nikon D3 mógłby dysponować, więc wraz z pojawieniem się aparatu na rynku musiały pojawić się także nowe obiektywy. Najlepiej, żeby na nie również reporterzy ostrzyli kły. Pojawiły się dwa, a jeden z nich to Nikkor 24-70mm F2.8 ED G AF-S, który uznałem, że idealnie nada się jako uzupełnienie mojej nostalgicznej podróży w świat lustrzanych przygód. Co ciekawe taki zestaw, gdy pojawił się na rynku kosztował w okolicach 21-25.000 złotych, a dziś można nabyć go za ułamek tejże kwoty i poczuć jak ciężej pracował reporter, by uchwycić właśnie ten jeden najważniejszy „moment”.

Realnie oczywiście bardzo mocno wyolbrzymiam trudność fotografowania, choć współczesnych udogodnień w tym sprzęcie próżno szukać, ale samo jego działanie i zestrojenie to naprawdę wysoka półka i czuć, że w 2007 roku mieliśmy do czynienia z fantastycznym sprzętem. Jak to się ma do dzisiejszych standardów rynkowych? Szczerze powiedziawszy nie najgorzej i powiedziałbym, że niektóre bezlusterkowce potrzebowały dwóch generacji, żeby dojść do takiego poziomu działania i niezawodności co zestaw Nikon D3 i Nikkor 24-70mm F2.8 ED G AF-S.

Oczywiście w kwestii jakości obrazu to temat pozostanie otwarty tak długo jak będą funkcjonować gusta i guściki. Jak dla mnie rezultaty z tego zestawu to obrazek przyjemny, ale nie taki, do którego będę wzdychać i pisać listy miłosne po nocach. W końcu nie jestem i nigdy nie byłem zbytnim fanem reporterskich zoom’ów, a szczególnie takich, które zostały w epoce, gdzie zdecydowanie lepiej było założyć dobry obiektyw stałoogniskowy. Zresztą będąc pragmatycznym jest tak jak powinno być – reportersko, bez żadnych fajerwerków, ale za to z ostrością, czytelnością i neutralnym rozmyciem. Oczywiście domyślam się, że tymi stwierdzeniami mogę narazić się fotografom starszym od siebie, ale cóż mam poradzić skoro ja wolę starego, dobrego Zeiss’a i napchaną technologią matrycę GFX’a.
Galeria zdjęć przykładowych 2000px wykonana za pomocą aparatu Nikon D3 i obiektywu Nikkor 24-70mm F2.8 ED G AF-S
Pliki 1:1 wykonane za pomocą aparatu Nikon D3 i obiektywu Nikkor 24-70mm F2.8 ED G AF-S
Podsumowanie
Ta sentymentalna podróż w stronę cyfrowych początków Nikona w sferze aparatów pełno klatkowych to było całkiem intrygujące doświadczenie. Z jednej strony od dłuższego czasu wiem, że nie poruszają mnie tego typu konstrukcje, a z drugiej z historycznego punktu widzenia, warto budować sobie pewne naturalne punkty odniesienia i poszerzać wiedzę o historii technologii fotografii. Nikon D3 i Nikkor 24-70mm F2.8 ED G AF-S to set dla koneserów, to narzędzie do wywoływania cyfrowej nostalgii, ale nie takiej z czasów CCD, czy analoga. To nostalgia za czasami pragmatyzmu, gdy sprzęt po prostu działał i można było na nim polegać, ale polegać też na sobie i swoich umiejętnościach. Właśnie dlatego do klasyków warto wracać!




























