Fujifilm GFX 100 II – paradoks aparatu idealnego, fotografa i krytyka

Od kiedy „cyfrowy średni format” stał się bardziej popularny i dostępny dla szerszego grona użytkowników, niemal od razu zostałem jego entuzjastą. Oczywiście mam tu na myśli przede wszystkim jego mniejsze wydanie, czyli aparaty wyposażone w matryce 44 × 33 mm, bo póki co nie miałem okazji regularnie pracować sprzętem z sensorem 54 × 40 mm. Widziałem pliki, czytałem epopeje, oglądałem porównania i zachwyty, ale wyznaję prostą zasadę: nijak ma się to do realnego fotografowania i późniejszego odbioru własnych zdjęć. Tym bardziej że duże systemy średnio-formatowe potrafią być wolne, ciężkie i zwyczajnie toporne. W zamian oferują fantastyczną jakość obrazu, ale często wymagają też konkretnego sposobu pracy i właśnie tutaj pojawia się bohater dzisiejszego wpisu. Fujifilm GFX 100 II jest aparatem, który w bardzo dużym stopniu przestał wymuszać na użytkowniku „średnio-formatowy sposób fotografowania”. Nie trzeba stawiać go na statywie. Nie trzeba pracować w studio. Nie trzeba budować każdego kadru przez piętnaście minut. Nie trzeba za każdym razem tworzyć fotografii „godnej 100 megapikseli”. Można, ale nie trzeba i chyba właśnie to jest w nim najciekawsze. Zapraszam do lektury!

Ostatnie lata w kwestii technologii obrazowania były dla mnie okresem dużego zainteresowania matrycami wyjątkowymi albo po prostu większymi od pełnej klatki. Przeżywałem fascynację, zresztą wciąż niegasnącą, monochromatycznymi aparatami Leica. Byłem o krok od zakupu ścianki Phase One P65+. W międzyczasie prywatnie miałem Hasselblada X1D II wraz z duetem fantastycznych obiektywów XCD 45mm F4 P oraz XCD 80mm F1.9. Wzdychałem również do lustrzanek serii Leica S. W pewnym momencie, pod dużym wpływem projektu Gotta Light Cyanotype, zacząłem też reinterpretować własne dawne fotografie i przenosić je na podobrazia malarskie w formacie 100 × 70 cm i to chyba właśnie ten moment najmocniej ugruntował mnie w przekonaniu, czego właściwie oczekuję od fotografii. Nie interesuje mnie już wyłącznie „najlepszy plik”. Interesuje mnie narzędzie, które pozwoli mi zrobić obraz taki, jaki chcę zrobić. Czasem będzie to duży wydruk. Czasem fotografia budowana bardzo świadomie. Czasem portret. Czasem materiał komercyjny, a czasem zwykłe zdjęcie wykonane dlatego, że przez chwilę coś mnie zainteresowało.

Tutaj zaczyna się temat, który w fotografii internetowej wraca do mnie wyjątkowo często. Mamy dziwną tendencję do uznawania, że sprzęt określonej klasy nakłada na użytkownika obowiązek tworzenia fotografii określonej jakości. Jeżeli ktoś fotografuje drogim aparatem, to jego zdjęcia powinny być wybitne. Jeśli używa średniego formatu, to każde zdjęcie powinno wyglądać jak kampania reklamowa. Jeśli aparat ma 100 megapikseli, to kadr powinien chyba automatycznie nadawać się do muzeum, a jeżeli nie – zawsze znajdzie się ktoś, kto z ogromną satysfakcją napisze, że „taki sprzęt, a takie zdjęcia”. Tylko że to założenie od samego początku jest błędne. Aparat i fotografia to nie jest wieczny egzamin, to nie ciągły konkurs, a samo posiadanie sprzętu o ogromnych możliwościach nie oznacza obowiązku wykorzystywania tych możliwości przy każdym naciśnięciu migawki.

Można wziąć GFX-a 100 II na profesjonalną sesję, wykorzystać całą rozdzielczość matrycy, elastyczność plików RAW i ogromny zakres dalszej obróbki, ale można również pójść z nim na spacer. Zrobić zdjęcie światła na ścianie, człowieka siedzącego przy stoliku, drzewa, samochodu, kawałka miasta, czegokolwiek, co akurat przyciągnęło wzrok i nie trzeba tego później przed nikim usprawiedliwiać. To właśnie jest dla mnie jedna z największych zalet Fujifilm GFX 100 II. Ten aparat przestał zachowywać się jak urządzenie, które stale przypomina użytkownikowi „Hej, jestem średnim formatem. Fotografuj poważnie.” Zamiast tego pozwala po prostu fotografować.

Internet ma z tym czasem problem. Szczególnie fotograficzny Internet. Przez lata naczytałem się na Facebooku mniej lub bardziej niepochlebnych opinii zarówno na swój temat, jak i na temat zdjęć, które wykonuję do różnego rodzaju testów sprzętu i absolutnie nie chodzi o sam fakt krytykowania. Krytyka może być przecież wartościowa. Może zwracać uwagę na rzeczy, których sami nie zauważamy. Może pomagać. Może uczyć. Problem pojawia się wtedy, kiedy zwykła opinia zostaje ubrana w kostium obiektywnej prawdy. Kiedy osobiste preferencje zaczynają udawać uniwersalne zasady fotografii. Dlatego z czasem coraz bardziej trzymam się jednego prostego zdania: Nie każda opinia jest krytyką, nie każda krytyka jest wartościowa i nie każda fotografia potrzebuje cudzej oceny, a szczególnie, gdy wykonujemy proste zdjęcia testowe przy których jednocześnie chcemy mieć trochę spokojnej głowy i frajdy.

Nie każda fotografia musi być sztuką. Nie każdy kadr musi być manifestem autora. Nie każde wyjście z aparatem powinno prowadzić do powstania projektu fotograficznego. Nie każde zdjęcie musi być publikowane. Nie każde musi się komuś podobać. Nie każde musi nawet być szczególnie dobre. Czasami fotografia może powstać tylko dlatego, że człowiek chciał coś zobaczyć przez wizjer i nacisnąć spust migawki i to też jest wystarczający powód.
Moi fotograficzni mentorzy dawno temu utwierdzili mnie w przekonaniu, że aparat ma znaczenie tak długo, jak długo podporządkowuje się wizji osoby, która go trzyma i to właśnie w tym kontekście GFX 100 II jest dla mnie aparatem wyjątkowo udanym.
Fujifilm GFX 100 II należy oczywiście do kategorii sprzętu bardzo drogiego, ale jednocześnie jest również po prostu bardzo dobrym narzędziem i robi coś, czego oczekuję od naprawdę dobrego aparatu pozwala o sobie zapomnieć. To chyba największy komplement, jaki mogę dać sprzętowi fotograficznemu. Nie chcę przez cały czas zastanawiać się nad aparatem. Chcę zastanawiać się nad tym, co znajduje się przede mną. GFX 100 II pozwala całkowicie zanurzyć się w fotografowanie i nie myśleć przesadnie o technologii, która znajduje się pomiędzy okiem a obrazem. Duży, cyfrowy wizjer jest jednym z najlepszych, z jakich miałem okazję korzystać. Daje bardzo przyjemne poczucie zanurzenia w obserwowanej scenie. Patrzymy. Kadrujemy. Klik i dostajemy ogromny plik pełen detalu i późniejszych możliwości, ale nikt nie każe nam z nich korzystać.

Możemy przez godzinę dopieszczać RAW. Możemy zrobić kilka ruchów suwakiem. Możemy użyć własnego presetu. Możemy wykorzystać gotową receptę. Możemy też fotografować w JPEG-u i wcale nie przejmować się całą resztą. RAW-y z GFX-a mogą niektórym wydawać się początkowo płaskie albo wręcz bezduszne, ale dla mnie oznacza to przede wszystkim ogromną elastyczność. Plik jest punktem wyjścia. Technologia nie ma mówić mi, jak ma wyglądać fotografia. Ma dać mi możliwość doprowadzenia jej tam, gdzie chcę i właśnie tutaj sens dużej matrycy zaczyna być dużo ciekawszy niż sama rozdzielczość.

Trochę obawiałem się, że nie najmłodszy już Fujinon GF 63mm F2.8 R WR, z którym Fujifilm GFX 100 II stworzył naprawdę przyjemny duet, sprawi, że cały zestaw straci sporo na szybkości i pewności działania. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Oczywiście nie jest to zestaw reporterski pokroju najbardziej zaawansowanych pełnoklatkowych korpusów sportowych, ale też nie tego od niego oczekuję. W codziennym użytkowaniu aparat działa szybko, pewnie i przewidywalnie. Do portretu? Bez problemu. Do spokojnego reportażu? Również. Do spaceru po mieście? Tym bardziej. Do fotografowania bez żadnego większego planu? Tak jest! Jeszcze kilka lat temu średni format bardzo często narzucał fotografowi określony rytm pracy. Tutaj fotograf sam decyduje o rytmie.

Galeria zdjęć przykładowych 2000 px wykonanych aparatem Fujifilm GFX 100 II i obiektywem Fujinon GF 63mm F2.8 R WR
Pliki 1:1 do pobrania wykonane aparatem Fujifilm GFX 100 II i obiektywem Fujinon GF 63mm F2.8 R WR
Podsumowanie – czy Fujifilm GFX 100 II to aparat idealny?
Możemy wrócić do pytania postawionego na początku. Czy Fujifilm GFX 100 II jest aparatem idealnym? Nie, bo aparatów idealnych nie ma. Są aparaty lepsze i gorsze do konkretnych zastosowań. Są większe matryce. Są systemy oferujące jeszcze inną plastykę obrazu. Są aparaty szybsze. Są mniejsze. Lżejsze. Tańsze. Ktoś będzie godzinami dyskutował o „colour science”, ktoś inny o autofokusie, ktoś o dynamice tonalnej, a jeszcze ktoś zrobi powiększenie 400% i rozpocznie analizę pojedynczego piksela i wszystko to jest w porządku. Tylko że dla mnie największe osiągnięcie GFX 100 II leży trochę gdzie indziej. To jeden z aparatów przy którym przestaję czuć, że fotografuję „średnim formatem”. Fotografuję po prostu aparatem i to bardzo dobrym, a to ogromna różnica. Ma 100 megapikseli, ale nie muszę za każdym razem robić fotografii „godnych 100 megapikseli”. To sprzęt z olbrzymim potencjałem, ale nie mam obowiązku wykorzystywania go w stu procentach przy każdym zdjęciu i paradoksalnie właśnie ta swoboda sprawia, że jego możliwości mają dla mnie jeszcze większe znaczenie, bo najlepsze narzędzie nie jest tym, które cały czas przypomina nam o własnej wyjątkowości. Najlepsze narzędzie pozwala nam robić dokładnie to, co chcemy, a potem znika. Na koniec dnia można więc wyjść z GFX-em 100 II, zrobić świetny portret, ogromny plik do komercyjnej realizacji albo po prostu kilka zdjęć, które sprawiły nam przyjemność i naprawdę nie trzeba później nikomu udowadniać, że aparat został wykorzystany „wystarczająco dobrze”, bo nie każda opinia jest krytyką, nie każda krytyka jest wartościowa i nie każda fotografia potrzebuje cudzej oceny.




























