Sigma 400 mm f/5,6 APO Tele Macro: czego tu nie lubić?

Niezła jakość optyczna połączona z niezwykłą poręcznością zoomów o zakresie ogniskowych 150-600 mm sprawiła, że już od dawna nikomu nie opłaca się konstruować ciemnych stałoogniskowych teleobiektywów o ogniskowej 400 mm. Amator wybierze wyżej wspomniany zoom, a zawodowiec optykę o jasności f/2,8. Więc jeśli komuś marzy się optyka o ogniskowej 400 mm i świetle f/5,6 do wyboru zostają głównie komisy oferujące egzemplarze sprzed mniej więcej dwudziestu lat. A tam czasem trafia się prawdziwa perełka.

Sigma wyprodukowała szereg modeli o takich parametrach, ale wśród nich naprawdę jest tylko jeden wart obecnie uwagi: Sigma 400 mm f/5,6 APO Tele Macro. Nie dość, że najdoskonalsza optycznie to jeszcze z magicznym słowem „Macro” w nazwie. Oczywiście – jak to jest w przypadku wielu obiektywów, „konsumenckich” – określnie makro jest to nadużyciem, bo do skali odwzorowania 1:1 jeszcze sporo tu brakuje, ale skala 1:3 przy minimalnej odległości fotografowania 1,6 metra jest nie do pogardzenia. Przydaje się bardzo do fotografowania małych roślin, ważek lądujących na trzcinach, motyli i małych ptaków.

Obiektyw powstał jeszcze w czasach fotografii srebrowej i można go spotkać głównie w mocowaniach do Canon EF i Nikona F, chociaż czasem trafiają się inne. Na początek należy ostrzec czytelnika przed wersjami z mocowaniem Canon EF: zmieniony z czasem przez Canona protokół komunikacji między obiektywami a korpusami sprawia, że Sigma nie współpracuje w pełni z większością późniejszych aparatów cyfrowych Canona a głównym problemem jest to, że obiektyw pracuje wyłącznie przy pełnym otworze przysłony. Podobno jest jakieś obejście tego problemu, ale generalnie trzeba wiedzieć, że 400 mm f/5,6 APO Tele Macro „nie lubi” się z obecnymi cyfrowymi korpusami Canona i może spowodować wyświetlenie kodu błędu lub zablokować aparat. Posiadacze systemu Nikona mogą być spokojni: Sigma bez problemu pracuje ze wszystkimi korpusami.

Oczywiście jest łyżka dziegciu w tej beczce Nikonowskiego miodu: wersja z mocowaniem F nie ma wbudowanego silnika i praca autofokusa bazuje na starym systemie śrubokrętowym a zatem wymaga korpusu z własnym silnikiem ustawiania ostrości. Autofokus nie jest demonem szybkości, mówiąc szczerze jest dość ślamazarny, co jest boleśnie odczuwalne w trybie ciągłym przy próbie śledzenia szybko poruszających się obiektów, ale znając ograniczenia obiektywu da się nim pracować. Przy obiektach statycznych jest całkowicie w porządku, a odgłos śrobokrętowego napędu nie przeszkadza. Oczywiście zasługę w tym ma wewnętrzne ogniskowanie powodujące, że tylko mała grupa soczewek musi się przemieścić przy ostrzeniu. To prowadzi do kolejnej zalety: obiektyw nie zmienia rozmiarów i się nie obraca przy ustawianiu ostrości.

Podobnie jak to było w przypadku firmowych obiektywów Nikona z napędem śrubokrętowym, nie ma tu możliwości przejścia w dowolnej chwili z autofokusa na ręczne ustawianie ostrości poprzez obrót pierścienia odległości, bo ten jest w trybie AF wysprzęglony. Aby przejść do ręcznego ostrzenia, trzeba przełączyć tryb z AF na MF, przy czym nie ma tu typowego przełącznika, a za to jest cały pierścień z dwoma pozycjami AF i MF. Sigma była krytykowana za takie rozwiązanie; dla mnie jest OK, ale trzeba zadbać o to, by pierścień znajdował się całkowicie w jednej z dwóch pozycji, bo jeśli „zawiśnie” gdzieś pośrodku, sprzęgło działa tylko częściowo i mamy coś w rodzaju niby-autofokusa.

Po przejściu w tryb ręcznego ustawiania ostrości jest bardzo komfortowo, bo pierścień jest bardzo duży, wyłożony gumą i zapewnia odpowiednie tarcie przy zmianach ostrości. Jedna uwaga co do gum na obiektywie: są wygodne, ale z czasem nieco zaczynają się „kleić”. W każdym razie wygodny pierścień ręcznego ustawiania ostrości to zaleta dla osób pragnących założyć Sigmę na korpus bez silnika autofokusa, a także na stare lustrzanki analogowe, nawet te pozbawione styków do komunikacji elektronicznej. Obiektyw będzie z tymi ostatnimi współpracował w pełni ponieważ ma jeszcze fizyczny pierścień przysłon (oczywiście pomiar światła działa tylko z aparatami wyposażonymi w indeksowanie Ai).

Przy okazji warto powiedzieć kilka słów o konstrukcji i ergonomii obiektywu, który jest znakomicie zbudowany z metalu i szkła i robi niezwykle solidne wrażenie. Jest dość duży (256 x 91mm) i ciężki (1,4 kg) jak na optykę o jasności f/5,6, ale to wynika z własności bliskiego ustawiania ostrości (jak już wspomniałem od 1,6 metra). Obiektyw o takiej samej ogniskowej i jasności – Canon EF 400 mm f/5,6L USM – jest nieco mniejszy i lżejszy, ale ostrość można ustawiać dopiero od 3,5 metra. Jak już wspomniałem, autofokus jest dość wolny a szeroki zakres odległości fotografowania jeszcze wydłuża ruch soczewek, więc producent zadbał o ogranicznik: można fotografować w bliskim zakresie – od 1,6 do 2,5 metra – lub w dalekim – od 3,5 metra do nieskończoności. Jest tu poza tym wszystko czego podróżujący fotograf potrzebuje: bardzo wygodne mocowanie statywowe z możliwością zmiany orientacji z poziomej na pionową i ustawienia w dowolnej pozycji pomiędzy nimi, oraz dość skuteczną w wysłanianiu przedniej soczewki wbudowaną osłonę przeciwsłoneczną, która porusza się z dużym oporem, co trochę utrudnia jej wysunięcie, ale też zapobiega przypadkowemu wsunięciu.

Przysłona jest 9-listkowa i zapewnia neutralne oddanie nieostrych punktów światła. I tu przechodząc do właściwości optycznych, od razu warto wspomnieć o plastyce obrazu i boke. Te są na bardzo wysokim poziomie i pod tym względem Sigma przebija zoomy mające w swoim zakresie ogniskową 400 mm. Prostsza konstrukcja bez kompromisów wynikających ze zmian ogniskowej pokazuje dlaczego warto mieć stałkę „na pokładzie”. W przeciwieństwie do zoomów, jest to narzędzie do jednego zadania ale do jego wykonania przygotowane bardzo dobrze.

Nie można się przyczepić do ostrości – owszem, zawodowe stałki są ostrzejsze, ale nie jest to różnica klasy i to nawet przy pełnym otworze przysłony. Kontrast jest dobry przy f/5,6 i bardzo dobry przy przysłonie f/8, które jest nota bene wartością optymalną jeśli chodzi o pracę obiektywu pod każdym względem, także winietowania, które jest niewielkie przy f/5,6 i praktycznie znika przy f/8. Dystorsja jest pomijalna. Aberracja chromatyczna pojawia się w skrajnych wypadkach, ale generalnie nie stanowi problemu przy pracy Sigmą. Obiektyw jest zbudowany z 10 soczewek w 7 grupach, w tym dwóch soczewek ze szkła SLD o superniskiej dyspersji i to te ostatnie zapewniają tak dobry poziom korekcji aberracji chromatycznej nawet w zakresie „Macro” pomimo, że obiektyw nie jest wyposażony w system soczewek szybujących korygujących pracę przy fotografowaniu z bliska.

Określając f/8 jako optymalną przysłonę dla testowanego obiektywu, należy podkreślić, że jest on jak najbardziej użyteczny przy pełnym otworze przysłony. Jeśli do ogólnie solidnej konstrukcji, przemyślanej ergonomii, dobrej jakości optycznej dodamy ceny wahające się w granicach 1200-1500 złotych, czego w tym obiektywie nie lubić? Nie jest to zoom spacerowy, ale jest to bardzo dobra stałka spacerowa dla entuzjasty fotografii przyrodniczej. I z ptakiem jakoś sobie poradzi i motylka uwieczni i zarejestruje koniczynkę. Fajne dziedzictwo innych czasów, gdy zamiast obiektywów do wszystkiego tworzono przemyślane narzędzia do dość konkretnych zastosowań.

Galeria zdjęć wykonanych obiektywem Sigma 400 mm f/5,6 D APO Tele Macro na aparacie Nikon Df.

Selfie_jarek_brzezinski

Jarosław Brzeziński

Jarosław Brzeziński, ur. 1962 r., fotograf, malarz i tłumacz z tytułem magistra filologii angielskiej.
Blog pod adresem: https://towarzystwonieustraszonychsoczewek.blogspot.com/
W roku 2005 opublikował książkę “Canon EOS System”.
W latach 1998- 2009 odpowiedzialny w UKIE za tłumaczenia wszystkich dokumentów związanych z akcesją oraz członkostwem Polski w UE.
W latach 1996- 2011 redaktor i autor setek artykułów na temat sprzętu fotograficznego i fotografii dla czołowych miesięczników branżowych.
W latach 1987-1998 pracował jako nauczyciel angielskiego.
W latach 1994-1996 pracował jako freelancing copywriter dla Ogilvy & Mather.
Od 12 lat jest głównym ekspertem ds. tłumaczeń w Centrum Europejskim Natolin.
Od 25 lat pracuje jako zawodowy fotograf ślubny, reklamowy, reklamowy, eventowy, przemysłowy, korporacyjny oraz portrecista, zarówno w studio jak i w terenie.
Od 30 lat pracuje jako tłumacz polsko-angielski oraz angielsko-polski dla czołowych firm i organizacji.

Default image
Jarosław Brzeziński
Jarosław Brzeziński, ur. 1962 r., fotograf, malarz i tłumacz z tytułem magistra filologii angielskiej. Blog pod adresem: https://towarzystwonieustraszonychsoczewek.blogspot.com/ W roku 2005 opublikował książkę “Canon EOS System”. W latach 1998- 2009 odpowiedzialny w UKIE za tłumaczenia wszystkich dokumentów związanych z akcesją oraz członkostwem Polski w UE. W latach 1996- 2011 redaktor i autor setek artykułów na temat sprzętu fotograficznego i fotografii dla czołowych miesięczników branżowych. W latach 1987-1998 pracował jako nauczyciel angielskiego. W latach 1994-1996 pracował jako freelancing copywriter dla Ogilvy & Mather. Od 12 lat jest głównym ekspertem ds. tłumaczeń w Centrum Europejskim Natolin. Od 25 lat pracuje jako zawodowy fotograf ślubny, reklamowy, reklamowy, eventowy, przemysłowy, korporacyjny oraz portrecista, zarówno w studio jak i w terenie. Od 30 lat pracuje jako tłumacz polsko-angielski oraz angielsko-polski dla czołowych firm i organizacji.
Wpisów: 1511

Zostaw komentarz