Nikon Df: powrót

Nikon Df to dziwne zwierzę. Nikon stworzył tę lustrzankę na fali nostalgii za klasycznym wyglądem aparatów popartej sukcesami bezlusterkowców firmy Fujifilm i Olympus oraz powtarzanymi od lat postulatami użytkowników systemu Nikon domagających się cyfrowego „Nikona FM2.” Stąd litera „D” jak „Digital” czyli „Cyfrowa”, i „f” jak „fusion” czyli „fuzja”. Zatem ile tej fuzji firmie udało się zawrzeć w „cyfrowej fuzji”? Trochę za mało a czasem trochę za dużo, a czasem zrobiono to w sposób zupełnie nietrafiony. Czy jest to cyfrowy Nikon FM2? Z pewnością nie. W każdym razie – na dobre i na złe – inżynierowie Nikona starali się nadać mu cechy starych lustrzanek tworząc przedziwny amalgamat rzeczy fajnych, niefajnych, materiałów wysokiej jakości i tandetnych, rozwiązań z wyższej i niższej półki cenowej, budząc entuzjazm jednych (niezbyt licznych), zdziwienie drugich (dość licznych) i uśmiech politowania lub wręcz pogardę ostatnich (takich zdecydowanych przeciwników Df było mniej więcej tylu, co gorących zwolenników). Chyba żadna lustrzanka cyfrowa nie wzbudziła aż tylu emocji i to z powodu nie tyle parametrów, co stylistyki i ergonomii. Może dlatego, że po tylu latach oczekiwań na „cyfrowego Nikona FM2”, Df zawiódł tak wielu, ale też oczarował tak bardzo tak niewielu.

I może nie byłoby powodu wracać do Nikona Df, gdyby firma posłuchała krytycznych uwag użytkowników i wypuściła jego następcę poprawiając niezliczone niedociągnięcia pierwowzoru. Ale świat poszedł do przodu i zapotrzebowanie na lustrzankę retro spadło, a wzmógł się głód bezlusterkowców więc zamiast Nikona Df Mark 2 mamy Nikona Z7 i Z6. Zatem warto powrócić do – nadal produkowanego Df – bo wygląda na to, że pozostanie jednorazowym „wybrykiem” firmy i jeśli ktoś chce mieć cyfrową lustrzankę nawiązująca do klasycznej stylistyki to do wyboru ma Nikona Df lub… Nikona Df. I tyle.

Gdybym miał w jednym zdaniu określić czym jest Nikon DF powiedziałbym tak: matryca z Nikona D4 wsparta modułem autofokusa i innymi „bebechami” z Nikona D600 została zamknięta w obudowie o stylistyce zapożyczonej z Nikona FA, FM i FE i zaoferowana w cenie zbliżonej do Nikona D800. I myślę, że to ostatnie zaważyło na wielu negatywnych ocenach kwestionujących politykę firmy oferowania elektroniki z D600 w prawie dwa razy droższym aparacie. Gdyby Nikon Df kosztował tyle, co D600 więcej osób przyjęłoby go bez „kwękania”. Zawodowcy nadal wybierali głównie model D4(s), a potem D5, lub serię Nikon D800/810/850; z kolei entuzjaści i amatorzy decydowali się na serię D600/610 lub model D750. Tym samym Df został zepchnięty do roli produktu niszowego lub bajeranckiej zabawki dla hipsterów.

To jest moje drugie podejście do Nikona Df. Już raz go miałem w wersji czarnej kilka lat temu a potem oddałem w ramach wymiany na Nikona D850. W swoim życiu często wymieniałem sprzęt, czy to przechodząc na inny system – kilkukrotnie w czasach „analogowych” i raz w epoce cyfrowej – czy też starając się zawsze mieć aparat z najnowszymi technologiami Bardzo rzadko „tęskniłem” za sprzedanym aparatem. Ale są rzadkie wyjątki – z czasów „analogowych” tak było choćby z Canonem T-90, który pozostaje dla mnie najpiękniejszą i najlepszą lustrzanką z wbudowanym silnikiem transportu filmu. I tak jest w przypadku tylko jednej lustrzanki cyfrowej, właśnie Nikona DF. Okazało się, że brakuje mi go i gdy trafiłem na wersję srebrną, nie zastanawiałem się długo.

Czas zatem na podsumowanie mojego drugiego randez-vous z Nikonem Df. Z przodu i z góry Nikona wydaje się spełniać obietnicę odwołań do przeszłości, z szeregiem dedykowanych pokręteł, dźwigni i przełączników. Jednak spojrzenie na tył aparatu ujawnia jego dwoistą naturę – tam mamy widok znany z typowych lustrzanek cyfrowych Nikona. Df jest trochę jak „Dwulicowy” z serii o Batmanie, tak jakby inżynierowie nie mogli się ostatecznie zdecydować na jedną stylistykę. A w użyciu niektóre z kontrolek mających ułatwiać operowanie aparatem przez przeniesienie funkcji z menu do fizycznych elementów sterujących bardziej życie utrudniają niż osładzają. A skoro inspirację czerpano ze starych lustrzanek Nikona, rodzi się pytanie skąd wzięło się niewygodne i małe przednie pokrętło sterujące, które bardziej przypomina rozwiązanie przejęte z Contaxów G. Najbardziej irytujące w sumie jest chyba to, że poświecono całkowicie funkcjonalność na rzecz wyglądu i Nikon jakby zapomniał o dekadach swojej własnej ewolucji ergonomii sterowania aparatem bo to, że ergonomia jest gorsza niż w typowych lustrzankach cyfrowych firmy mógłbym jeszcze przełknąć, ale trudniej jest mi się pogodzić z tym, że jest gorzej niż w starych analogowych Nikonach, na których Df był wzorowany.

Problemy zaczynają się już przy cudownie wyglądającym pryzmacie: po lewej są dwa koncentryczne pokrętła do ustawiania korekcji ekspozycji i ekwiwalentu czułości ISO z dość koszmarnymi blokadami. Trudno odblokować, łatwo się pomylić które pokrętło odblokowaliśmy a dodatkowo ogromnym błędem jest dla mnie to, że na pokrętle ISO nie ma pozycji Auto ISO – to ustawienie jest dostępne w menu lub poprzez przypisanie do jednego z personalizowanych przycisków, a tych jest o wiele za mało w Df. Ponadto możliwości ustawiania ISO zarówno na pokrętle jak i w menu powoduje pewien potencjał dla powstania konfliktów ustawień. Po prawej stronie pryzmatu mamy do czynienia ze skutkami kilku kolejnych problematycznych wyborów ze strony inżynierów Nikona. Bardzo trudno jest przekręcać kołnierz wokół spustu migawki włączający zasilanie. Chyba jeszcze gorsze jest maleńkie pokrętło trybu ekspozycji, które trzeba podnieć do góry i przesunąć. Próby zabezpieczenia elementów sterujących przed przypadkowych przestawieniem doprowadziły do tego, że – zwłaszcza zimą w rękawicach – trudno aparat obsługiwać. Dodatkowo, natłok elementów sterujących z prawej strony pryzmatu sprawił, że wyświetlacz górny jest koszmarnie mały – oznacza to małą ilość słabo czytelnych informacji.

Z drugiej strony nie da się zaprzeczyć, że elementy sterujące – podobnie jak cały korpus – są porządnie wykonane i wróżą długie bezproblemowe użytkowanie. O starzenie się stylistyki Nikona Df nie ma się co martwić – tak archaiczne rozwiązania będą dla jednych zawsze modne, a dla innych zawsze niemodne. Wygląd jest tak staroświecki, że bardziej się zestarzeć już nie może. Z kolei tył aparatu jest na poziomie lustrzanek Nikona sprzed kilku lat – ale i tu niewiele się zmienia. Obraz solidnego korpusu psuje kilka drobiazgów, a najbardziej rażącym tego przykładem jest łatwo wypadająca klapka komory baterii. Wrażenie jest takie jakby ktoś zrobił pokrywę włazu przeciwatomowego z pleksiglasu. No i jeszcze kwestia maleńkiego uchwytu – w jakiś sposób imituje ten z Nikona FA. Uchwyt jest za mały i za płytki i przy dłuższej pracy, szczególnie z większymi, cięższymi obiektywami daje się we znaki i skutkuje skurczami dłoni. Nie pomaga umieszczenie spustu migawki, który w przeciwieństwie do innych lustrzanek Nikona jest na dodatek umieszczony dość wysoko i nie jest przechylony do przodu. Ponadto uchwyt w FA był zdejmowany a po dołączeniu silnika transportu filmu MD-15 w jego miejsce wchodził dużo większy uchwyt motoru z własnym spustem migawki, co bardzo poprawiało komfort pracy z dużymi obiektywami. Do Df Nikon nie przewidział w ogóle żadnego dodatkowego uchwytu zasilającego, który wydłużałby czas pracy z jednego ładowania i dodawał kontrolki do kadrów pionowych.

Przy okazji nie sposób nie wspomnieć kolejnego kontrowersyjnego wyboru inżynierów Nikona, który mógł na wstępie zarazić sporo użytkowników. W ślepym – chociaż jak widać po „dwulicowym” charakterze aparatu również ambiwalentnym – dążeniu do stworzenia klasycznej maszyny do robienia zdjęć, pozbawiono Nikona Df możliwości filmowania. Zważywszy na to, że aparat dzieli większość „bebechów” z Nikonami D4 i D600, które potrafią całkiem przyzwoicie filmować, nie ma żadnych powodów, aby nie zostawić takiej możliwości w Df – na wszelki wypadek. Nic by to nie szkodziło, a zważywszy na znakomitą matrycę, zdolną do pracy przy wysokich ekwiwalentach ISO oraz to, że Df jst w stanie współpracować z najszerszą gamą optyki Nikona – w istocie z prawie każdym obiektywem wyprodukowanym przez firmę od 1959 roku, aparat wydaje się idealnie nadawać na narzędzie do kręcenia. Sam nie filmuję, ale uważam to okaleczenie modelu Df za spory błąd Nikona. Przy okazji wyjaśniam, że żadna inna lustrzanka cyfrowa Nikona nie zapewnia takiej kompatybilności z optyką, co Df. Aparat to pierwszy model od czasów F4 mający fabrycznie zamontowaną odchylaną dźwigienkę indeksowania Ai, co pozwala zarówno na zamocowanie jak i pomiar światła z obiektywami non-Ai.

Przy okazji, aparat jest często oferowany z dopasowaną do niego stylistycznie wersją obiektywu AF-S Nikkor 50 mm f/1,8G. Mówiąc szczerze nie jest to najlepszy standardowy obiektyw w historii Nikona i znacznie lepsze optycznie (i jeszcze bardziej dopasowane stylistycznie) są niektóre starsze „pięćdziesiątki” manualne – trzeba tylko wiedzieć które, ale to temat na oddzielny artykuł. Zatem lepiej kupić korpus bez „kitowego” obiektywu i dobrać coś samemu. Tu warto przez chwilę zatrzymać się nad kwestią ręcznego ustawiania ostrości. Zachętą do używania starej optyki bez autofokusa jest zarówno wyżej wspomniana znakomita kompatybilność aparatu z obiektywami produkowanymi od roku 1959, jak i jego stylistyka. Matówka Df jest nieco inna niż w pozostałych lustrzankach cyfrowych Nikona i zapewnia odrobinę lepsze doświadczenie w zakresie manualnego ostrzenia, ale nie jest to różnica klasy. Aż się prosi tutaj matówka z klinem i rastrem, ale tak daleko klasyczny charakter Df się nie posuwa.

Żeby jeszcze bardziej „dokopać” Nikonowi Df dodam trzy rzeczy, które „nie przystoją” aparatowi za 10000 PLN: najkrótszy czas otwarcia migawki to 1/4000 s a nie 1/8000 s; akumulator jest rodem z amatorskich lustrzanek firmy; a gniazdo kart SD jest pojedyncze. I to koniec wyliczania głównych zarzutów wobec Df.  Gdybym kierował się względami czysto praktycznymi i logiką moje podsumowanie wyglądałoby tak:

Na papierze fuzja najnowszych technologii cyfrowych ze wspaniałą tradycją wydawałby się receptą na sukces. Jednak sposób, w jaki inżynierowie Nikona ubrali nowoczesność w stare szaty jest niezadawalający i względy estetyczne przeważyły za bardzo nad praktycznymi. Dla wyglądu poświęcono zbyt wiele i poczynione kompromisy odebrały aparatowi zbyt wiele przyjemności z użytkowania. Lustrzanka Nikona doskonale łącząca stare z nowym nie istnieje i musimy się pogodzić z tym, że chyba nigdy się nie pojawi. Zatem musimy albo odrzucić Df, albo go przygarnąć z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Jednakże ze względu na to, że w ocenie aparatu nie zawsze 2+2=4, moje wnioski będą znacznie bardziej rozbudowane i pozytywne. Spojrzawszy na powyższą listę żalów, zastrzeżeń, i krytycznych uwag, uzasadnione będzie zadanie pytania dlaczego w ogóle chciałem mieć Df po raz drugi skoro praktycznie nic mi się w nim nie podoba. Zanim przejdę do bardziej subiektywnych kwestii, zacznę od tych zalet Nikona Df, które da się jakoś skwantyfikować. Jeśli chodzi o jakość zdjęć, Df nadal nie rozczarowuje. Matryca z modelu D4 z jeszcze „dopieszczonym” oprogramowaniem oznacza, że mamy znakomitą rozpiętość dynamiczną i świetną pracę przy wysokich ekwiwalentach ISO. A dzięki temu, że jest tam tylko 16 milionów pikseli, pliki są przyjemnie małe – w porównaniu na przykład z tymi z D850. To wciąż jedna z najbardziej wyważonych matryc w lustrzankach Nikona; mam na myśli równowagę między rozdzielczością, rozpiętością tonalną i poziomem szumów. Do obiektywnych zalet Df należy zaliczyć znakomitą jakość obrazu w wizjerze. System autofokus z D600 to nie jest szczytowe osiągnięcie Nikona, ale nie ma specjalnie na co narzekać.

Ale wiele cech Nikona Df, które mnie do niego przekonały, jest trudniejszych do skwantyfikowania i mogę sobie z łatwością wyobrazić, że cześć z nich będzie dla kogoś innego problematyczna, lub wręcz okaże się wadą. Chyba najprościej będzie zacząć od mocnego i niewiele mówiącego stwierdzenia, że Df pasuje do mojego stylu fotografowania. Tylko tyle – i aż tyle. Postaram się rozwinąć to zdanie w coś, co i mnie samemu pozwoli zrozumieć fenomen mojego zauroczenia aparatem tak pełnym wad. A może ja „już tak mam” – to samo spotkało mnie w przypadku “analogowego” Pentaksa MZ-S, który trafił w moje ręce późno, kilkanaście lat po premierze, i chociaż zgadzam się z rozlicznym zastrzeżeniami co do rozwiązań wybranych przez inżynierów firmy Asahi Optical, wolę go od znacznie bardziej zaawansowanego technologicznie modelu Z-1P. W każdym razie wybór Nikona Df jest dyktowany bardziej emocjami niż logiką. bo ta ostatnia pokieruje nas zawsze w stronę Nikona serii D6– lub D8–.

Mógłbym powiedzieć, że Df to aparat dla tych, którzy rozumieją jego filozofię. Ale w aparacie jednak bardziej chodzi o zdjęcia niż o filozofię. Mógłbym stwierdzić, że to piękna kamera. Jednak sama piękna stylistyka nie ułatwi nam procesu fotografowania. Tak, ale paradoksalnie wbrew powyższemu będę się upierał, że w Df właśnie chodzi o filozofię i piękno i to one przesądziły o moim afekcie do tegoż sprzętu. Stojąca za nim filozofia sprawia, że zapominam, o tym jak rejestrowane są zdjęcia. Myślę o kadrze, a nie o tym, czy fotografuję na filmie czy cyfrowo. A stylistyka daje przyjemność obcowania z pięknym przedmiotem. Zamiast ćwiczeń z “przyciskologii” i sprawdzania ustawień na wyświetlaczach, ustawiam wszystko widocznymi za góry pokrętłami i dźwigniami i to, co wydawało się stanowić przeszkodę w sterowaniu aparatem okazuje się nie mieć znaczenia w praktycznym robieniu zdjęć. Df to naprawdę jedyna lustrzanka na rynku, która stanowi pomost między starym a nowym. W przypadku Nikona to osiągnięcie ważne, bo noszenie w torbie Df i FA okazuje się tak naturalne jakby ich premiery nie rozdzielały pełne trzy dekady.

To wrażenie płynności przechodzenia między “analogowym” FA a cyfrowym Df wynika też z możliwości mocowania na tym ostatnim prawie każdego obiektywu, jaki Nikon wyprodukował od 1959 roku i uzyskania pomiaru światła. Kiepsko wyprofilowany uchwyt sprawia, że profesjonalne jasne zoomy nie są najlepszymi partnerami tego aparatu. Za to Df świetnie się czuje w towarzystwie małych manualnych stałek, które wyglądają na nim “na miejscu” i wydają się dopełniać stylistykę, podczas gdy na nowocześnie zaprojektowanych cyfrowych lustrzankach pokroju D5, D850 czy D750 wyglądają karykaturalnie. Aparat jest dość lekki i mały i mieści się do niewielkich toreb z zestawem kilku stałoogniskowych obiektywów, choćby z “ekonomicznej” optyki serii Nikon E z początku lat 80. XX wieku.

Na dodatek dostajemy znakomitą pracę przy wysokich ekwiwalentów ISO. Mówiąc w skrócie, to że aparaty podnoszą nieustannie w górę próg dostępnych wartości ISO nie oznacza, że jakość zdjęć przy tych coraz wyższych wartościach jest coraz lepsza. Przez wiele lat mistrzem pod tym względem był Nikon D3s, ale Df go przebił. To oczywiście też pochodna utrzymania rozdzielczości matrycy na umiarkowanym poziomie 16 milionów pikseli.

Staroświecki wygląd Nikona Df ma jeszcze jedną zaletę, szczególnie cenną w fotografii ulicznej: prawie nikt nie traktuje go poważnie sądząc, że fotografujemy jakimś starym “rzęchem”. W pewnym sensie Df jest tak odmienny od znakomitej większości obecnie produkowanych aparatów, że… pozwala się wtopić w tłum, bo część ludzi wychowanych na fotografii smartfonowej nie skojarzy nawet, że “to coś” jest w stanie rejestrować zdjęcia. Mówiąc szczerze, takie reakcje potwierdzają sukces stylistyki Df i to, że inżynierowie Nikona osiągnęli zamierzony cel. Wersja srebrna wygląda jeszcze bardziej retro a przy tym jej wygląd nie jest wynikiem naniesienia cienkiej powłoki farby na metal. Df ma ten rodzaj srebrnego wykończenia, który przypomina właśnie Nikona FA a nie tandetnego Nikona F75 Silver.

Jeśli mój tekst wije się meandrami między krytyką i zachwytem i wydaje się niespójny to bardzo dobrze, bo oddaje to istotę Nikon Df – aparatu pełnego sprzeczności i wad, które – jeśli wybaczone – pozwalają zobaczyć zalety, które czynią go tak odmiennym. A wyróżnić się na rynku zatłoczonym kolejnymi modelami podobnych do siebie aparatów wprowadzających zazwyczaj tylko niewielkie zmiany do rozwiązań poprzedników to wielka sztuka.

Tekst zdjęcia: Jarosław Brzeziński

Galeria zdjęć:

Default image
Jarosław Brzeziński
Jarosław Brzeziński, ur. 1962 r., fotograf, malarz i tłumacz z tytułem magistra filologii angielskiej. Blog pod adresem: https://towarzystwonieustraszonychsoczewek.blogspot.com/ W roku 2005 opublikował książkę “Canon EOS System”. W latach 1998- 2009 odpowiedzialny w UKIE za tłumaczenia wszystkich dokumentów związanych z akcesją oraz członkostwem Polski w UE. W latach 1996- 2011 redaktor i autor setek artykułów na temat sprzętu fotograficznego i fotografii dla czołowych miesięczników branżowych. W latach 1987-1998 pracował jako nauczyciel angielskiego. W latach 1994-1996 pracował jako freelancing copywriter dla Ogilvy & Mather. Od 12 lat jest głównym ekspertem ds. tłumaczeń w Centrum Europejskim Natolin. Od 25 lat pracuje jako zawodowy fotograf ślubny, reklamowy, reklamowy, eventowy, przemysłowy, korporacyjny oraz portrecista, zarówno w studio jak i w terenie. Od 30 lat pracuje jako tłumacz polsko-angielski oraz angielsko-polski dla czołowych firm i organizacji.
Wpisów: 1511

Zostaw komentarz