Spotkanie z „rzadkościami” – fotowyprawa. Część pierwsza – Canon 600mm F4 L IS USM II

Kulik wielki od dawien dawna był moim fotograficznym obiektem westchnień. Po raz pierwszy zobaczyłem tego ptaka jeszcze w dzieciństwie, kiedy to z moimi rodzicami regularnie jeździłem w dolinę Biebrzy. Jego niesamowity głos i dość niecodzienny wygląd jak na przedstawiciela rodziny siewkowatych od pierwszego spotkania przykuły moją uwagę. I już wtedy, jako może dziesięciolatek, postanowiłem, że kiedyś zrobię zdjęcie temu niesamowitemu okazowi. Jak się później okazało, od myśli do czynu musiało upłynąć sporo czasu. Ale może po kolei…

Biegus arktyczny - 1 Dx Mark II/ 600/4 L IS USM II
Biegus arktyczny – Canon 1 DX Mark II oraz Canon 600mm F4 L IS USM II

Jesień to czas migracji różnych gatunków. Duże zbiorniki wodne, z których woda jest często na ten okres spuszczana – stanowią dla ptaków idealne miejsce bytowania i żerowania. Głównie dla reprezentantów rodziny siewkowatych, ale także i czapli, mew czy rybitw. Stwarza to oczywiście niepowtarzalną okazję dla fotografów przyrody. W takich miejscach można liczyć bowiem na ciekawe ujęcia oraz szansę na spotkanie takich gatunków, których nie mielibyśmy szans obserwować w innym okresie. Często się też zdarza, że podczas takich jesiennych wędrówek przez nasz kraj przelatują naprawdę duże ptasie „rzadkości”. I zarówno fotografowie jak i ornitolodzy na takie obserwacje zawsze czekają z niecierpliwością. Przecież poczynić po raz pierwszy obserwację jakiegoś nowego gatunku w naszym kraju, a jeszcze lepiej: dobrze go sfotografować – to marzenie wielu. Nie jest to jednak z pewnością zadanie łatwe. Takie rzadkie „rarytasy” zazwyczaj lecą bowiem pojedynczo, więc ich wypatrzenie to trochę tak jak szukanie igły w stogu siana.

Z początkiem września, wraz z moimi kompanem fotołowów Bogdanem Kasperczykiem, postanowiliśmy się zmierzyć z tematem kulików na „poważnie”. Od jakiegoś czasu pojawiało się sporo zdjęć i doniesień o tym gatunku. Informacje pochodziły głównie z terenów Dolnego Śląska. Niezwłocznie skontaktowałem się więc z Agą Łobodzińską, która mieszka w tym rejonie. Aga jest świetną fotografką ptaków, a temat kulików opanowała nieomal do perfekcji. Przekazała mi trochę wskazówek co do miejsca gdzie mogłyby się znajdować ptaki oraz gdzie najlepiej byłoby urządzić na nie „zasiadkę”. Wzbogaceni o tę wiedzę, lecz nadal pełni znaków zapytania, postanowiliśmy ruszyć w dość daleką podróż. Już podczas jazdy, przeglądałem różne portale o tematyce ornitologicznej i dowiedziałem się, że na Zbiorniku Mietkowskim (cel naszej podróży) pojawił się biegus arktyczny. To ptak z rodziny siewkowatych, zamieszkujący Amerykę Północną i daleką Syberię. Był w Polsce notowany w sumie nie więcej niż sto pięćdziesiąt razy. To olbrzymia rzadkość. Nic dziwnego, że większość, jeśli nie wszystkie zdjęcia tego gatunku zrobione w naszym kraju – miały charakter i walor wyłącznie dokumentacyjny. Kiedy wspomniałem o tym wszystkim Bogdanowi, ten tylko machnął ręką. Wiedziałem, że zrobienie zdjęcia tej rzadkości może być ponad nasze siły. Docelowy zbiornik był przecież ogromny, zaś ptak niewiele większy od wróbla. Odległość jaką potrzebuje fotograf do zrobienia porządnego zdjęcia osobnikowi tej wielkości, musi być mniejsza niż dziesięć metrów. Temat bez tzw. „boskiej” pomocy wydawał się więc nie do przeskoczenia. Jednak nam zależało w pierwszym rzędzie na kulikach. Biegusem postanowiliśmy sobie na razie nie zawracać głowy…

Siewnica - 1 Dx Mark II/ 600/4 L IS USM II
Siewnica – Canon 1 DX Mark II oraz Canon 600mm F4 L IS USM II

Po kilku godzinach, gdy już dotarliśmy na miejsce, od razu zrozumieliśmy jakie wyzwanie przed nami stoi. Jakby nie patrzeć, zbiornik był ogromny, w końcu jego powierzchnia to prawie dziesięć kilometrów kwadratowych. Muszę przyznać, że widząc taki „bezmiar wód”, lekko się podłamaliśmy. Do tego wszystkiego godzina zrobiła się już mocno popołudniowa, kolejnych zmartwień i wątpliwości przybywało, a na domiar złego zaczęło się mocno chmurzyć. Najlepszym lekiem na zmartwienia jest działanie. Postanowiliśmy zatem ruszyć w miejsce wskazane przez Agę. Tam gdzie sama kilkukrotnie obserwowała i fotografowała kuliki. Niestety, jako debiutanci nie znający dobrze okolicy, w której się znaleźliśmy, popełniliśmy od razu zasadniczy błąd. A więc wprawdzie dotarliśmy do miejsca, które nam zaznaczyła Aga, jednak w wyniku splotu nieszczęśliwych przypadków oraz z powodu nadmiernego zaufania dla nowoczesnych technologii (GPS) okazało się, że mamy w rezultacie do pokonania jeszcze około półtora kilometra. I to w zapadającym się i cuchnącym bagnie. Później wyjaśniło się, że można było podjechać tam z innej strony nieomal pod samo miejsce żerowania ptaków…

Ubrani w kalosze, dzierżąc olbrzymich rozmiarów siatkę maskująca pod pachą, zestaw karimat i plecaki z ciężkim sprzętem fotograficznym ruszyliśmy zatem brzegiem jeziora. Po drodze nie widzieliśmy zbyt wielu ptaków, co nas oczywiście nieco zaniepokoiło. Jednak im bardziej zbliżaliśmy się do miejsca naszej destynacji, tym bardziej wzrastała liczba zaobserwowanych gatunków – i to nieomal wprost proporcjonalnie do liczby przebytych metrów. Pierwsze bataliony i szlamniki z gracją przeleciały nad naszymi głowami. Gdy zaś dotarliśmy na miejsce, naszym oczom ukazała się cała plejada żerujących siewek. Przyznam szczerze, że dawno na śródlądziu nie zaobserwowałem takiej ilości ptaków skupionych w jednym miejscu. Zastaliśmy tam też sporo ornitologów, którzy swoje lunety kierowali na wyspę znajdującą się na zbiorniku. Wspomniałem Bogdanowi, że na pewno szukają biegusa arktycznego. Gdy do nich podeszliśmy, okazało się że się nie myliłem. Faktycznie ich celem był „arktyczny” i jak się dowiedzieliśmy, już go tego dnia obserwowali. Natomiast odległość z jakiej prowadzili swoje obserwacje była spora i dała się oszacować na kilkaset metrów. Zapytaliśmy też czy widzieli kuliki. Potwierdzili, co dodało nam nieco otuchy. Problemem była jednak nieco „niefortunna” topografia terenu.

Ciągnące się wszędzie łachy błota wchodziły bezpośrednio w wody zbiornika. Co kilkadziesiąt metrów tworzyły coś na kształt długich i nierównomiernych cypli. Było ich kilkanaście. Wokół tych „cypli” skupiało się życie ptaków. Dziesiątki siewek żerowało, kaczki opływały zatokę, a mewy robiły niesamowity hałas. Musieliśmy wybrać odpowiednie miejsce na zasiadkę. Po krótkich konsultacjach z Bogdanem zdecydowaliśmy się na jeden z centralnych „cyplów”. Wiedziałem, że decyzje musimy podjąć sami. Agnieszka, niestety nie mogła być tego dnia z nami. Chociaż zapowiedziała, że pod sam wieczór może zdąży podjechać. Jak się niebawem okazało, wybór tego miejsca był najważniejszą decyzją całego wyjazdu… Gdy powoli ruszyliśmy w jego stronę, ptaki szybko poderwały się do lotu. Wiedzieliśmy jednak, że jak się szybko rozłożymy, to zaraz do nas wrócą. W oka mgnienie opadliśmy na zapadające się w błocku karimaty i pospiesznie wydobyliśmy nasz sprzęt fotograficzny. Następnie szczelnie okryliśmy się siatką maskującą i zamarliśmy w bezruchu…

Po kilkunastu minutach zostaliśmy niemal otoczeni przez żerujące ptaki. Dobre maskowanie sprawiało, że podchodziły do nas naprawdę blisko. Jednak w przeważającej mierze były to gatunki, które już wcześniej wielokrotnie fotografowaliśmy. A więc biegusy zmienne, sieweczki rzeczne i obrożne, bataliony, biegusy krzywodziobe i malutkie. Kilka lat temu były obiektami moich fotograficznych westchnień. Tym razem jednak tylko cieszyły oko swoją obecnością. Dobre i to – pomyślałem. Taki kawał drogi jechaliśmy, przynajmniej jest co fotografować. Z tyłu głowy jednak cały czas miałem wspomnienie niesamowitego głosu kulika wielkiego, który wiele lat temu usłyszałem nad Biebrzą. I nagle, niemal jak na zawołanie, w stylu „mówisz-masz”, usłyszałem znajome „tilu-til” dobiegające gdzieś z góry. Muszę wyznać, że w takich sytuacjach od razu na moment przestaję oddychać. Jest to może odruch niezbyt mądry, ale dobrze oddaje towarzyszące mi wtedy emocje. Kątem oka, przez mały otwór w siatce maskującej zobaczyłem niewielkie stado kulików przelatujące nad naszymi głowami. Modliłem się w duchu, żeby tylko wybrały „nasz cypel”. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Kuliki przeleciały nad nami, zatoczyły koło i usiadły na jednym z licznych cypelków, który był oddalony od nas około stu metrów. Dodatkowo jeszcze „ustawiły” się pod światło. Mimo, że już sama odległość wykluczała nawet tylko dokumentacyjną fotografię, to dodatkowo niekorzystny układ światła pogorszył i tak już beznadziejną sytuację. Wróciłem, nieco zawiedzony do stadka „siewkusów” jakie od kilkunastu minut kręciły się przed moim obiektywem. Co jakiś czas z oddali dobiegał mnie przenikliwy i niesamowity głos kulików. Byłem równocześnie zauroczony i zawiedziony, zachwycony i rozczarowany. Emocje we mnie buzowały. Po cichu cały czas liczyłem, że kuliki znowu się poderwą. I że wtedy może przylecą w naszą okolicę. I faktycznie, po chwili stadko się poderwało, jednak spoczęło kilkadziesiąt metrów dalej. Tym razem znalazły się z naszej prawej strony. Były wprawdzie bliżej niż za pierwszym razem, jednak wciąż zbyt daleko na zdjęcie. Jednak teraz mogłem się im przynajmniej przyjrzeć w miarę dokładnie. Mimo, że odległość była znaczna, dało się zauważyć jak wspaniale żerowały. Niektóre osobnik ochoczo się kąpały, figlując i machając skrzydłami. To był niesamowity widok…

Szlamnik - 1 Dx Mark II/ 600/4 L IS USM II
Szlamnik – Canon 1 DX Mark II oraz Canon 600mm F4 L IS USM II

Postanowiłem, że nie będę się aż tak bardzo przejmował całą sytuacją. Skupię się nad tym co jest tu i teraz. To była dobra decyzja. Od tej bowiem chwili zdarzenia zaczęły się toczyć bardzo szybko. Najpierw całkiem znienacka usłyszałem za sobą powitalny komunikat „cześć chłopaki”. Jako, że dzień chylił się ku końcowi, domyśliłem się, że to Agnieszka przyjechała pofotografować. Mimo, że ciężko było dostrzec kto w istocie zmierza w naszym kierunku (bo siatka maskująca mocno utrudnia obserwację), to jak się okazało prawidłowo zareagowałem opowiadając „cześć Aga”. Zastanowiło mnie tylko to, że tak bezceremonialnie wkracza w naszą przestrzeń, choć musi widzieć, że fotografujemy. Ułamki sekund później, miałem już wyjaśnienie. Okazało się bowiem, że oto biegus arktyczny (sic!), właśnie przeleciał z wyspy nad ląd stały. Agnieszka, która od jakiegoś czasu z oddali obserwowała nas leżących na błocie, dostała informację o tym od jednego z ornitologów. Co więcej, biegus wylądował niedaleko, czego my oczywiście nie mogliśmy zobaczyć. Jej przytomność umysłu sprawiła, że bardzo powoli skradając się do nas – niejako „naganiała” ptaka w naszą stronę. W momencie powitania, Aga w błyskawicznym tempie padła niczym snajper na błoto, a ja dostrzegłem niedaleko ptaka, wyraźnie odmiennego od pozostałych. Serce zaczęło bić mocnej. Jak najciszej, ale tak żeby wszyscy usłyszeli powiedziałem, że „chyba mamy arktycznego”. Jak na komendę, nie zastanawiając się długo, niemal równocześnie nacisnęliśmy spusty migawek… Faktycznie, ptak który był przed nami, był nieco większy od wszędobylskich biegusów zmiennych. Miał też piękne, żółte nogi. Cała sytuacja nie trwała dłużej niż trzydzieści sekund. Modliłem się w duchu, żeby choć jedno zdjęcie było ostre. Bo ptak poruszał się niezwykle szybko, a słabe światło dodatkowo „spowalniało” migawkę. Po krótkiej chwili biegus zniknął za naszymi plecami. Nerwowo spojrzałem w wyświetlacz aparatu. Udało się! Było kilka kadrów, nie dość że ostrych, to jeszcze dodatkowo całkiem niezłych kompozycyjnie. Odetchnąłem z ulgą. Wyszliśmy spod siatek maskujących i z nadmiaru emocji zaczęliśmy mówić „przez siebie”. Tak naprawdę przywitaliśmy się raz jeszcze, bowiem było to nasze pierwsze spotkanie z Agnieszką w „realu”. Każdy na szybko pokazał swoje zdjęcia, u każdego były dobre. Bezzwłocznie opuściliśmy miejsce, żeby ptaki w spokoju mogły wrócić do żerowania. Chwilę jeszcze pogadaliśmy na brzegu jeziora, a następnie wylewnie się pożegnaliśmy. Dzięki Adze udało się nam zrobić zdjęcie niezwykle rzadkiego u nas gatunku. To naprawdę niesamowite uczucie. Naładowani w ten sposób pozytywną energią, ruszyliśmy na „nocleg”. Planowaliśmy z Bogdanem zostać jeszcze jeden dzień. Bo mimo tego, że w końcu udało się zrobić coś wspaniałego, to jednak pozostał lekki niedosyt. Nie sfotografowaliśmy kulików.

Default image
Maksymilian Dobroczyński
Urodziłem się w 1991 roku w Krakowie. Od ponad trzech lat mieszkam w pobliskich Myślenicach. Z zawodu jestem kucharzem i w tym zawodzie aktywnie pracuję. Fotografią przyrodniczą zajmuję się od 2016 roku. W 2019 roku przeszedłem do drugiej rundy ogólnoświatowego konkursu „35 awards”. W 2020 roku moje zdjęcie „Maluszek z pierwotnej puszczy” zdobyło I miejsce w ogólnopolskim konkursie fotograficznym „Przyroda ojczysta”. Od 2019 roku zdjęcia mojego autorstwa zdobią nowopowstałe mieszkania na Cedrowej w Gdańsku. Moją specjalnością jest fotografowanie ptaków.
Wpisów: 7

Zostaw komentarz