Nikon Z5: oaza spokoju w morzu niepewności

Żyjemy w czasach niepokoju i niepewności. I nie mówię tu jedynie o codziennej obecności pandemii COVID-19, która wraz z tym jak moi znajomi byli umieszczani na kwarantannie zbliżała się kolejnymi krokami a teraz już dotarła – i to dosłownie – za próg mojego domu. Mówię o szerokiej, globalnej panoramie, z którą mam również codziennie do czynienia tłumacząc rozmaite teksty, których wspólnym mianownikiem jest wpływ koronwirusa na państwa, gospodarki, branże, firmy, jednostki oraz sposoby na zbudowanie mostu i przejście nim ponad tymi wzburzonymi wodami. Zamęt panuje wszędzie, i dlatego każda pozytywna oznaka spokoju w oku cyklonu jest warta odnotowania. Upatrywałem jakiegoś nowego produktu na rynku fotograficznym, który wywoła uśmiech na mojej twarzy i oto się pojawił, a imię jego to Nikon Z5.

Można by spytać, czy to mniej lub bardziej uświadomiona stronniczość wynikająca z faktu, że sam używam od wielu lat lustrzanek Nikona jako swojego podstawowego systemu fotograficznego. Mam nadzieję, że nie, bo ani Nikon Z7/Z6 ani z pewnością Z50, nie poruszyły we mnie niczego. Dopiero połączenie możliwości i ceny modelu Z5 wydało mi się wskazywać na to, że Nikon odnalazł właściwą drogę w świecie bezlusterkowców i dobrze wyważył różne aspekty aparatu. Moim zdaniem Z5 pokazuje, że firma szybko zdołała nadrobić wieloletnie zaległości w stosunku do Sony i przeszła terapię wstrząsową połączoną z przyspieszonym dojrzewaniem dobrze odrobiając swoją lekcję. Wyszedł produkt wyważony, dojrzały i przemyślany. Jakiś taki złoty środek. No może środeczek, bo kaliber sprzętu niewielki.

A to wcale nie jest łatwa sztuka. Zdarzają się aparaty tanie o wyraźnie zubożonym, amatorskim zestawie funkcji, aparaty profesjonalne o znakomitych parametrach i kosmicznych cenach, poręczne ale niefajne, za ciężkie ale szpanerskie, oraz wszelkie możliwe produkty pośrednie. Linia między rynkową porażką a sukcesem jest często bardzo cienka. Czasem aparaty tworzone z najlepszymi intencjami i teoretycznie świetne zaliczają wtopę na rynku. Czasem na papierze wspaniały aparat okazuje się ergonomicznym koszmarem. Jak powiedział Goethe: „ograniczenie czyni mistrza.” Czasem trzeba trzeba bardzo świadomie wybrać właściwą kombinację cech oraz właściwy środek między tym, co się da a tym czego się nie da użytkownikowi. I tak jak Nikon Z50 jest dla mnie wtopą, Z5 jest błyskotliwą lekcją umiaru. Daje wszystko co ważne, przy cenie strawnej dla wielu użytkowników rozważających zakup pierwszego aparatu pełnoklatkowego lub przejście z pełnoklatkowego systemu lustrzankowego na bezlusterkowy.

Nikon-Z50

Jeśli potraktujemy Z5 jako skrzyżowanie Z6 i Z50, to jest niezwykle udaną hybrydą biorącą z pierwowzorów to, co najlepsze. Czy nazwiemy go uproszczonym Z6 (na przykład matryca jest starszego, zwykłego typu CMOS podczas gdy Z6 ma matrycę BSI CMOS) czy pełnoklatkowym Z50 (na przykład Z5 ma pokrętło z Z50 zamiast górnego wyświetlacza znanego z Z6/Z7) nie popełnimy błędu. Nawet składany obiektyw NIKKOR Z 24-50mm f/4-6.3 wypuszczony wraz z Z5 przypomina raczej optykę dołączaną do bezlusterkowców z niepełnoklatkowymi matrycami. Wizjer elektroniczny w Z5 jest ten sam, co w Z6, to samo dotyczy gabarytów i uszczelnień, natomiast korpus Z5 ma w konstrukcji nieco więcej tworzyw sztucznych. Ale w przeciwieństwie do droższego Z6, nowy Nikon ma podwójne gniazdo kart pamięci.

Paleta obiektywów w mocowaniu Z stale się powiększa i chociaż nie jest jeszcze imponująca, jest w czym wybierać a stałki o jasności f/1,8 mają bardzo dobre własności optyczne i przyzwoite – chociaż niestety w dolnych zakresach przyzwoitości – ceny. Adapter FTZ stanowi też jakieś rozwiązanie przejściowe, pozwalając mocować obiektywy z bagnetem F, chociaż Nikon skopał sprawę adaptera. Dopóki się ma obiektywy serii AF-I, AF-S i AF-P prawie wszystko działa (czasem szwankuje korekcja dystorsji). Ale korzystanie z wszelkich innych obiektywów to ogromne ograniczenie. Obiektyw „śrubokrętowe”, czyli bez własnego silnika ustawiania ostrości, działają tylko z ręcznym ustawianiem ostrości. Równie kiepska sprawa jest taka, że ze starszymi obiektywami adapter zawsze „trzyma” przysłonę roboczą. Upraszczając, adapter FTZ działa super z nowymi obiektywami a jest do niczego ze starymi. Firma o takiej obsesji na punkcie kompatybilności powinna była stworzyć drugi adapter z wbudowanym własnym silnikiem ustawiania ostrości i pełna gamą mechanicznych dźwigni pozwalających na sterowanie przysłoną w starszych obiektywach. Wstyd Nikon, wstyd.

FTZ-Mount-Adapter

Ale to nie ujmuje niczego samemu bezlusterkowcowi Z5 i mimo skromnych zdolności w zakresie filmowania, nie wydaje się ubogim krewnym konkurencji jako bilet na pierwszy seans z systemem Z. I jeśli spojrzymy na próg cenowy, przy którym Z5 będzie oferowany, jego konkurentami będą modele Canon EOS RP i Sony a7/7R II. Canon EOS RP to aparat z dobrą ergonomią, generujący przyjemne w odbiorze zdjęcia, ale nie jest zbyt szybki, wideo jest takie sobie, akumulator słaby a matryca nieco przestarzała. Ponadto Canon ogołocił go z wielu rzeczy dając użytkownikowi tylko niezbędne minimum.

Sony a7R II z Canonem EF 50 mm f/1,2L US

Z kolei Sony a7/7R II, co prawda nadal w niektórych obszarach trzyma klasę – takich jak matryca czy stabilizacja – ale poza tym widać wiekowość aparatu pod względem ergonomii, interfesju użytkownika czy systemów menu. Sony systematycznie poprawiało każdą generację pelnoklatkowych bezlusterkowców i gdy się weźmie do ręki Sony a7R III widać jak nieporęcznym i nieprzyjaznym w użytkowaniu aparatem jest każdy model generacji II.

Tymczasem Nikon Z5 ma wszystkie ulepszenia wprowadzone do Z6 i jeszcze kilka własnych asów w rękawie, tym samym pokazując, że aparat niższej klasy na najwyższym obecnie poziomie technologicznym jest często lepszy od wyższych modeli sprzed kilku lat. Pośród wzburzonych wód dzisiejszego świata, Z5 wydaje się być oazą spokoju dzięki wyważonej kombinacji możliwości, ceny i ergonomii dając tak wiele za – relatywnie – tak niewiele.

Selfie_jarek_brzezinski

Jarosław Brzeziński

Jarosław Brzeziński, ur. 1962 r., fotograf, malarz i tłumacz z tytułem magistra filologii angielskiej.
Blog pod adresem: https://towarzystwonieustraszonychsoczewek.blogspot.com/
W roku 2005 opublikował książkę “Canon EOS System”.
W latach 1998- 2009 odpowiedzialny w UKIE za tłumaczenia wszystkich dokumentów związanych z akcesją oraz członkostwem Polski w UE.
W latach 1996- 2011 redaktor i autor setek artykułów na temat sprzętu fotograficznego i fotografii dla czołowych miesięczników branżowych.
W latach 1987-1998 pracował jako nauczyciel angielskiego.
W latach 1994-1996 pracował jako freelancing copywriter dla Ogilvy & Mather.
Od 12 lat jest głównym ekspertem ds. tłumaczeń w Centrum Europejskim Natolin.
Od 25 lat pracuje jako zawodowy fotograf ślubny, reklamowy, reklamowy, eventowy, przemysłowy, korporacyjny oraz portrecista, zarówno w studio jak i w terenie.
Od 30 lat pracuje jako tłumacz polsko-angielski oraz angielsko-polski dla czołowych firm i organizacji.

Obrazek domyślny
Jarosław Brzeziński

Jarosław Brzeziński, ur. 1962 r., fotograf, malarz i tłumacz z tytułem magistra filologii angielskiej.
Blog pod adresem: https://towarzystwonieustraszonychsoczewek.blogspot.com/
W roku 2005 opublikował książkę “Canon EOS System”.
W latach 1998- 2009 odpowiedzialny w UKIE za tłumaczenia wszystkich dokumentów związanych z akcesją oraz członkostwem Polski w UE.
W latach 1996- 2011 redaktor i autor setek artykułów na temat sprzętu fotograficznego i fotografii dla czołowych miesięczników branżowych.
W latach 1987-1998 pracował jako nauczyciel angielskiego.
W latach 1994-1996 pracował jako freelancing copywriter dla Ogilvy & Mather.
Od 12 lat jest głównym ekspertem ds. tłumaczeń w Centrum Europejskim Natolin.
Od 25 lat pracuje jako zawodowy fotograf ślubny, reklamowy, reklamowy, eventowy, przemysłowy, korporacyjny oraz portrecista, zarówno w studio jak i w terenie.
Od 30 lat pracuje jako tłumacz polsko-angielski oraz angielsko-polski dla czołowych firm i organizacji.

Wpisów: 1575

Jeden komentarz

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.