Czy nudny obiektyw może być ciekawy? – Fujinon GF 63mm F2.8 R WR

To był jeden z tych dni, kiedy nie chce Ci się fotografować, a bardziej masz ochotę wyjść na spacer i pooddychać świeżym powietrzem, bo pogoda za oknem jest zbyt piękna, by zmarnować ją w czterech ścianach. Niejako przy okazji więc bierzesz aparat i lecisz do jakiegoś parku. Bez planu, bez konkretnego celu, bardziej odpocząć, niż robić kadry życia, poszwendać się po mieście.

Światło tego dnia jest ostre, ludzie są w biurach, a miasto jest opanowane przez studentów, freelancerów i pracujących zdalnie z kawiarenek. Między tym wszystkim ja z aparatem Fujifilm GFX przewieszonym przez ramię i jednym, jedynym obiektywem wpiętym w bagnet. Klik, klik, klak spaceruję sobie przez Wolę, Śródmieście, Filtry, Mokotów. Tego dnia nic spektakularnego się nie wydarzyło. Żadnych wielkich scen, żadnego „decydującego momentu”, który miałby zmienić historię fotografii. Ot, kilka zwykłych, testowych kadrów – światło na murze, ktoś przechodzący przez pasy, odbicie w szybie przystanku autobusowego.

Olśnienie
Właśnie wtedy przypomniałem sobie, że fotografia w swojej najlepszej formie bywa zaskakująco prosta – szczególnie w świecie, gdzie wszystko zostało już sfotografowane. Przesyceni ilością najlepszych, najbardziej zakręconych, czy najciekawszych szkieł czasem potrzebujemy czegoś co będzie przeźroczyste i tak naturalne jak oddychanie, o którym nie myślisz. W tym aspekcie świetnie sprawdził się obiektyw na pierwszy rzut oka niewielki, nie najnowszy już, niejasny, mało-seksi ciemny i generalnie fe i be, obiektyw, od którego z pozoru wiało nudą – Fujinon GF 63mm F2.8 R WR. W końcu „standard” potrafi czynić rzeczy ciekawe, bo czyż piękno nie płynie z oczu tego, kto patrzy?

Paradoks
Jest w tym obiektywie pewien paradoks. System Fujifilm GFX od samego początku był przecież projektowany jako coś większego, a co za tym idzie bardziej poważnego, bardziej monumentalnego. Większa matryca, większe pliki, większe ambicje. Sprzęt, który wielu fotografów traktuje jak narzędzie do pracy w studiu, na planie zdjęciowym albo przy starannie zaplanowanych projektach. Tymczasem z obiektywem Fujinon GF 63mm F2.8 R WR ten cały monumentalny charakter nagle gdzieś się rozmywa, bo 63 mm w systemie GFX zachowuje się jak klasyczna pięćdziesiątka w świecie małego obrazka. To ogniskowa, która nie narzuca się fotografowi. Nie dramatyzuje perspektywy, nie kompresuje przestrzeni, nie próbuje robić z każdego kadru spektaklu. Jest po prostu… normalna.

Kiedy używasz bardzo charakterystycznych obiektywów, często masz wrażenie, że to one prowadzą zdjęcie jak np. swirly bokeh, czy Sigma A 105mm F1.4. Te szkła mają swój styl, rytm i trochę narzucają sposób patrzenia, a w przypadku 63 mm dzieje się coś odwrotnego, bo obiektyw powoli znika z równania, a Ty zaczynasz patrzeć bardziej na świat, niż na sprzęt, a w fotografii to chyba jeden z najzdrowszych momentów, jakie mogą się wydarzyć.

Dlaczego większość fotografów wraca do standardu
W historii fotografii standardowa ogniskowa ma w sobie coś z punktu odniesienia, gdyż przez dekady była pierwszym obiektywem, jaki trafiał do torby fotografa. W czasach analogowych często był to po prostu obiektyw dołączany do aparatu w zestawie, w czasach cyfry łapaliśmy się szybko budżetowego nifty-fifty. Standardowa ogniskowa nie próbuje przekonywać Cię, że świat wygląda inaczej, niż naprawdę wygląda. Sposób patrzenia przez to szkło bardziej przypomina to jak patrzymy na świat własnymi oczami. Kiedy nie musisz walczyć z perspektywą ani z charakterem obiektywu, łatwiej skupić się na tym, co najważniejsze – na scenie, na świetle, na człowieku. Może dlatego tak wielu fotografów nawet jeśli eksperymentują z różnymi szkłami prędzej czy później wraca do standardu. W systemie Fujifilm GFX tę rolę bardzo dobrze pełni właśnie Fujinon GF 63mm F2.8 R WR, bo czasem chodzi o to, żeby zobaczyć świat dokładnie takim, jaki jest, a do tego standard nadaje się chyba najlepiej.


























